Kupy nie tylko psie

Kupy nie tylko psie

Młody Mickiewicz, będąc na Krymie, pisał w sonetach, że tak cicho i „tak ucho natęża ciekawie”, że słyszy nie tylko lecące żurawie, ale niemal „głos z Litwy”. Czy teraz nie słychać w Warszawie, jak Rosja połyka Krym? Już połknęła. Byle nie chciała pożreć wschodniej Ukrainy, wszyscy możemy się tym udławić. To właśnie jest taktyczny sukces sprytnego Putina. Jeśli nie będzie ingerować militarnie na Wschodzie, uznamy, że dobrodziej i łaskawy, niech już ma ten Krym.
Są miejsca węzłowe, pozornie nieważne, dzięki nim można jednak poznać stan ducha i ciała kraju. To choćby łóżka, ściany i słowa, wśród których ludzie rodzą się i umierają. Wygląd i zapach klatek schodowych. Ważne w kwestii cywilizacyjnej są połączenia chodnika i fasad domów, w krajach zaniedbanych szczególnie tam się paskudzi. Znamienne bywają również przystanki autobusowe w miastach i na prowincji. A też znerwicowanie psów, co objawia się szczekaniem i szczerzeniem kłów. I czy koty chodzące luzem boją się ludzi? (W Szwecji na początku lat 90. uderzało mnie, że psy nie szczekają, a koty w miejscach publicznych łaszą się do nieznajomych).
Przed laty, ku utrapieniu Jerzego Giedroycia, w paryskiej „Kulturze” dokumentowałem „triumfalny marsz polskich publicznych toalet do Europy”. Redaktor był liberalny, jeśli chodzi o sprawy obyczajowe, ale tematy wydalnicze zdawały się mu niesmaczne, więc puszczał mi te fragmenty, ale cierpiał.
Nadal upieram się, że wychodki, wygódki, latryny, sławojki i wreszcie toalety jako końcowy efekt ewolucji tej dziedziny wiele mówią o stanie ciała i duszy społeczności.
Polska sławojka to ciekawe zwierzę – drewniana z serduszkiem i z gwoździem stojącym na głowie, na który nadziewano papier z pociętych gazet. Nazwa pochodzi od premiera II RP Felicjana Sławoja Składkowskiego. Przed wojną, ale i długo po niej nasza ludność wiejska powszechnie chadzała za potrzebą za stodołę. Sławojka więc, jako nakaz rządowy, to był wielki postęp. Z powodu tych sławojek niemiłosiernie kpiono z premiera, tym bardziej że osobiście je lustrował. Kpiono jednak po stokroć niesłusznie.
Moje badania dotyczą czasu, gdy już pojawiła się bieżąca woda i można było myć ręce. Faceci jednak nie myli. A przecież siusiają własnoręcznie. Z obecnych moich obserwacji wynika, że większość już ręce myje. A gdyby tak przyspieszyć proces i wprowadzić grzywnę za nieumycie? Skoro są kary za psie kupy, aż 500 zł (czy ktoś płaci?).
Donoszę też, że na basenie pod męskim prysznicem mężczyźni uparcie nie rozbierają się do rosołu, co jest wymagane. Za mojej pamięci zawsze było z tym źle, a obecnie jest jeszcze gorzej. Ja i moje dzieci zachowujemy się więc jak ekshibicjoniści. Jak to możliwe, skoro nagość jest wszechobecna? Czy to potwierdzenie pewnych męskich kompleksów?
Wracając do polskich toalet, maszerowały do Europy i do niej doszły. Te stacjonarne. W pociągach nadal kiepsko, tak jak kiepskie bywają nasze pociągi.
Trzeba tu oświadczyć, że prawie wszystkie wymienione miejsca mówią nam, że Polska zmienia się na lepsze. Porody – wiadomo, ze śmiercią pewnie też lepiej, jedno zawsze łączyło się z drugim. Przystanki miejskie zrobiły się europejskie, na prowincji nadal różnie bywa. Nadal to czasami twórcze rozwinięcie dziurawych rzeźb Henry’ego Moore’a. Może warto kilka zachować na pamiątkę?
Psy domowe, podobnie jak nasi młodzi, częściej cierpią teraz na narcyzm niż na neurastenię, kiedyś powszechną. Ale są też psy dzwoniące od wieków łańcuchami. Nawet nie wiedziałem, że jest nowa ustawa i trzymanie psa na łańcuchu przez ponad 12 godzin na dobę jest karalne. Łańcuch musi mieć więcej niż 3 m. Ale postęp! Złe traktowanie zwierząt zawsze ma widoczny związek ze złym traktowaniem ludzi.
Psy nasze nadal są histerycznie rozszczekane, jakby żyły w nich narodowe nasze dramaty, co ochrypłymi głosy obwieszczają światu; jesteśmy polskim skundlonym plemieniem, skotłowanym przez historię, tylko żydowskie mogłyby z nami konkurować, ale nie dożyły.
Dochodzą mnie słuchy, że w polskich miastach z powodu wiosny jest wysyp psich kup. Mieszkam niemal w lesie, po mieście przemykam się samochodem, więc psie resztki mało mnie dotyczą. Kiedyś nie było w tym nic osobliwego. Po ulicach z okrutnym hałasem jeździły powozy konne, wieszczono, że szykuje się upadek miast z powodu nadmiaru końskich odchodów, których nie da się usunąć. Charles Dickens, w połowie XIX w. odwiedzając Nowy Jork, donosił, że wszędzie spotyka świnie, które trzeba omijać.
Ale nawet gdy w roku 1988 byłem w Delhi, wąskimi uliczkami, rynsztokami płynęły ścieki, a świnie i krowy łaziły luzem, tylko słonie były kierowane bosymi stopami właściciela.
W tym samym roku pod Sztokholmem przeżyłem szok, kiedy znajoma, elegancka kobieta, idąc z psem i ze mną na spacer, gdy pies przykucnął, uczyniła prawie to samo z torebką, by starannie zebrać to, co on zrobił. Pomyślałem: polska szlachcianka nigdy nie pozwoliłaby tak się upokorzyć. Co okazało się po części prorocze.

Wydanie: 16/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy