Prawem Kalego

W naszym kraju bardzo popularne jest pojęcie moralności Kalego. Zasada ta została zaczerpnięta z powieści dla dzieci „W pustyni i w puszczy”, i jako prawo Kalego, jest intensywnie wcielana w czyn. Kali był Murzynem, opisywanym przez Sienkiewicza, jeszcze bez poprawności politycznej, jako dziki człowiek o gołębim sercu, a przy okazji niezły spryciarz. Pospołu z Murzynkiem Bambo zajmują poczesne miejsce w lekturach dziecięcych. Można więc powiedzieć, że dzieci wysysają prawo Kalego z mlekiem matki, a nawet ojca.
„Gdy Kali ukraść krowę, to dobrze, gdy Kalemu ukraść krowę, to źle”, na tym polega prawo Kalego, które często bywa fundamentem działania. Znaczy to: „Czyń drugiemu, co tobie niemiłe”, całkiem inaczej, niż głosi katechizm. Istnieje wielkie Kali i małe Kali. Małe obejmuje pojedynczych oszustów, wielkim zainfekowane są instytucje, firmy, rady nadzorcze, banki i inne spółki.
Wielkie Kali objawia się w TV publicznej, nadchodzi nieuchronnie jak pory roku, co cztery lata, po wyborach, jak rok przestępny, by nie powiedzieć – zważywszy na ilość afer – rok przestępczy. Wtedy to następuje wymiana. Najpierw prawica miała pretensje do brzydkiej lewicy, że ta zawłaszczyła narzędzie władzy, kiedy więc zmiotło lewicę i nadarzyła się okazja, prawica zrzuciła na telewizję „pampersów”, jak Amerykanie stonkę na nasze pola ziemniaczane. Gdy znów nastała pora lewicy, ta wykurzyła prawicę dymem z lewicowych kadzideł, a prawica oburzała się głośno na nowe porządki, mówiąc, że to brak pluralizmu. Dziś prawicy, która jeszcze nawet nie jest u steru, udało się w ramach pluralizmu oczyścić program z wszelkich przejawów lewicowości, poseł Kali zaś – Maria Rokita, który w Komisji Śledczej tępił prezesa Kwiatkowskiego za chęć sprywatyzowania publicznej, teraz, jak trąbią media, sam ma chrapkę na jej sprzedaż. Najpierw jednak trzeba wykończyć TV finansowo, znieść abonament, wtedy spadną ceny reklam, a gdy już publiczna ani zipnie, jak łatwy łup łowcy skór, wtedy fiuuu! puści się ją na aukcję. Widzów wyznawcy sekty Kalego mają za nic. Że przyzwyczaili się do programu, że go lubią, że im się nie znudził? Kogo to obchodzi? Ważna jest władza, bo władza to kasa. A program? Jaki program? Polityczny, społeczny? Telewizyjny? Ważne, że ja będę codziennie w okienku, myśli jeden z drugim. Sondaże wróżyły zwycięstwo, teraz spadły, trzeba więc pogrążyć kogoś, żeby na powierzchnię wypłynąć. Pociecha w tym, że w ostatnich latach, kto ma telewizję, ten traci władzę.
Kali funkcjonuje lepiej niż Temida, na co są liczne dowody.
W Poznaniu, bardzo porządnym mieście, wykryto czteroosobowy gang kobiecy, trzy księgowe plus kasjerka. W każdej poważnej mafii liczy się kasjer, a księgowość jest podstawą podziału łupów. Na ogół jednak kasjer jest tylko jeden. W tym przypadku cztery damy nacięły szpital na dwa miliony w ciągu dwóch lat, obcinając racje żywieniowe pacjentom szpitala, porcje i tak niezbyt duże. A pacjent to na ogół ktoś chory i słaby. „Gazeta W”, podaje, że na leki wydaje się w tym głodującym przybytku pół miliona rocznie.
Z pewnością gang księgowych nie odejmuje sobie od ust, raczej dodaje, bo dodawać umie, pewnie też gang należy do klubu tych, co uważają, że wszyscy kradną, bo z takim przekonaniem samemu łatwiej kraść. Dziwili się ludzie, jak można być łowcą skór, wyprawiać ludzi na tamten świat, żeby zarobić. Przyzwoity człowiek uważa, że to gangrena, ale taki łowca z pogotowia myśli pewnie, że chory i tak długo nie pociągnie, on tylko przyspiesza to, co nieuchronne. Gdyby jednak sam był pacjentem albo ktoś z jego rodziny, dziecko, żona – bo przecież nawet esesmani mieli rodziny, które kochali nad życie, oczywiście życie innych ludzi – i gdyby leżał chory, słaby i dostał dawkę pavulonu, z pewnością byłby oburzony do żywego, a nawet do martwego.
Wyobrażam sobie, że księgowe też sobie myślały, że jak pacjent nie zje szpitalnego jedzenia, to może będzie lepiej, bo każdy wie, jakie dania serwuje się w szpitalu. Gdyby jednak księgowa albo kasjerka wylądowała na łożu boleści i dostała jedną pyrę (po poznańsku ziemniak) i ucho od śledzia na obiad, zrobiłaby z pewnością raban. Chociaż rodziny owych księgowych wzbogaciły się na pacjentach, więc mogłyby dostarczać im codziennie golonkę z chrzanem.
Tak też i poseł Giertych uważa, że każdy chce coś za darmo, że pożąda przywilejów, jak Jurek Marek komunalnego 200 m, mieszkania pożądał biedny poseł, choć w córki jest „ubogacony”, ma ich aż sześć, tyle, ile mieszkań, pięć na wynajem. Mieszkań, a nie córek. Kryształowy Giertych twierdził zaś, że on sam nie korzysta z żadnych ulg na przeloty. Kłamał, został przyłapany przez „Fakt”.
Dlatego właśnie Giertych chce prześwietlić „Porozumienie bez barier”, fundację Kwaśniewskiej, posądza Andrzeja Kratiuka, o ciemne sprawy, bo wydaje mu się niemożliwe, że ktoś robi coś dla innych za darmo. Jestem w radzie fundacji, uważam, że za mało w niej robię, ale są tam osoby, które naprawdę ciężko pracują. Kratiuk przeżył śmierć żony i chciał pomóc innym? Dla takich facetów jak Giertych i Wassermann, to niemożliwe. Może w przypadku Wassermanna lepiej, że mówi źle niż dobrze. Według nich, wszyscy są „umoczeni” i mają coś na sumieniu. Dlatego też sądzą, że wszystkich należy opluć, zgodnie ze starą zasadą, z czasów wojen religijnych: Zabijajcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich”.
Zniszczyć fundację, która pomogła setkom ludzi, jest łatwo. Egocentrycznych polityków, którzy walą po trupach do celu, nie obchodzą słabe i chore dzieci, okaleczeni dorośli. Oni sami są bogaci, dobrze odżywieni, a skóra na nich jak na hipopotamach. Nawet łysym włosy stają dęba od takiej moralności.

 

Wydanie: 40/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy