A imię jego czterdzieści i jeden

A imię jego czterdzieści i jeden

Nie, nie pomyliłem się w tym tytule – wiem, że wieszcz Adam pisał: „czterdzieści i cztery”. Gdy jednak dziś, w pierwszy dzień lata 2021 r., sięgam pamięcią w głąb swego życia, przekonuję się, że wprawdzie 41 lat temu, 21 czerwca 1980 r., nic jeszcze się nie działo, ale dwa miesiące później narodziła się Solidarność. Gdy zaś pamięć podsunie dzień 31 sierpnia 1980 r. – zakończenie strajku w Stoczni Gdańskiej i przemówienie Lecha Wałęsy – to pojawi się przypomnienie, że mówił on także o tym, co działo się 41 lat wcześniej. A wówczas były to ostatnie godziny pokoju – przeddzień 1 września 1939 r.

Czy te 41-letnie interwały mówią coś o Polsce? Wrzesień 1939 r. zniszczył paradygmat Polski Niepodległej, rezultat XIX-wiecznych walk i martyrologii, owoc romantycznego prowidencjalizmu. Sierpień 1980 r. zniszczył prawomocność Polski Ludowej, jej mit ojczyzny robotników i chłopów, kraju sprawiedliwości społecznej. A i paradygmat uległ z czasem zniszczeniu – dziewięć lat później.

W obu przypadkach towarzyszyła zaś zniszczeniu kompromitacja. Rzecz jasna, nie dotyczyła ona polskiego wojska – we wrześniu 1939 r. walczyło ono bohatersko. I nawet nie była to kompromitacja polskich władz. W roku 1939 prowadziły one politykę zagraniczną w sposób prawidłowy, w roku 1980 umiały zapobiec agresji sąsiada. Kompromitacja dotyczyła sprawy nierównie głębszej: paradygmatu właśnie. W roku 1939 przeciw polskiemu państwu zwrócili się jego obywatele innych niż polska narodowości (Niemcy, Ukraińcy, Białorusini, Żydzi). Czyli II Rzeczpospolita – państwo wielu narodów – przez całe swe istnienie nie była matką dla wszystkich. Udział w rozbiorze kraju wzięła zaś większość sąsiadów (nie tylko III Rzesza i Sowiety, lecz także Słowacja i Litwa). Czyli II Rzeczpospolita – państwo wykrojone z trzech upadłych cesarstw – przez całe swe istnienie nie dbała w sposób wystarczający o dobre stosunki z sąsiadami.

W roku 1980 też widać już było, że PRL nie jest matką dla wszystkich. Telewizyjna „propaganda sukcesu” skrywała bogactwo i pychę obozu władzy, tych (jak wtedy mówiono) „prominentów”. Idea tego państwa – od Manifestu PKWN przez „sojusz polsko-radziecki” po „jedność moralno-polityczną” – okazała się kłamstwem. Dzieła destrukcji dopełniła gwałtowna rekatolicyzacja, spowodowana pontyfikatem Jana Pawła II. A i monolit władzy uległ zachwianiu: u progu roku 1980 nastąpiła wymiana premiera – Piotra Jaroszewicza zastąpił (zmarły przed paru miesiącami) Edward Babiuch.

Dziś znów widzimy obóz władzy, nie tylko tak samo pyszny, ale jeszcze stale się radykalizujący. U schyłku dekady Edwarda Gierka radykalizacji jednak nie było. Widzimy też obóz władzy podlegający coraz szybszej dezintegracji. Wymiana premiera nie miała miejsca, ale wstrząsy doznawane przez Zjednoczoną Prawicę są silniejsze niż tamte, przeżywane przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą. I nawet silniejsze niż przedwojenna „dekompozycja obozu sanacyjnego”. W istocie bowiem obserwujemy rozsypkę Zjednoczonej Prawicy. Jeżeli nie jej form organizacyjnych, to na pewno jej projektu.

No i widzimy erozję sprawczości – jak w przypadku obioru nowego rzecznika praw obywatelskich. Widzimy obcęgi zaciskające się na PiS nie tylko już z „lewicy” (jeżeli tak można nazwać opozycję demokratyczną), ale i z prawicy (Konfederacja). Widzimy pisowskie „przystawki” – każda ciągnąca w swoją stronę. I widzimy świat zewnętrzny: Europę (Unię Europejską) i Stany Zjednoczone. Nikt już wobec Polski nie ma złudzeń, nikt nie ma oczekiwań. Wszyscy sąsiedzi (Niemcy, Rosja, Ukraina, Białoruś, Czechy, Słowacja, Litwa) są nam niechętni. Dobrze, że nie roszczą sobie – jak w roku 1939 – pretensji terytorialnych.

Paradygmat solidarnościowy, sprawujący „rząd dusz” w Polsce od lat 41 (bo sprawował go także w dekadzie lat 80.), dobiegł ostatecznie kresu. On również łączy się z kompromitacją. Bo Polska solidarnościowa miała być ojczyzną wszystkich, a stała się ojczyzną „swoich”, równych i równiejszych, „pokrzywdzonych” i „niepokrzywdzonych”, ludzi, którzy sami sobie przyznali „piękną kartę opozycyjną”. W dodatku Polska prawicowa stała się karykaturą Polski solidarnościowej i sama siebie zrobiła pośmiewiskiem świata. A o rekatolicyzacji nie ma mowy – trwa masowy odpływ od Kościoła. Oraz od władzy, z którą Kościół się zblatował. Tymczasem opozycja demokratyczna, tak na co dzień skłócona, w Rzeszowie umiała się zjednoczyć. W stolicy regionu uważanego za bastion prawicy potrafiła wygrać.

Co nas czeka tego lata, nie wiemy – tak jak niczego nie wiedzieliśmy w roku 1980. Możemy tylko pytać: „czterdzieści i jeden”? Czy raczej „czterdzieści i trzy” (wybory roku 2023)? A może dopiero mityczne „czterdzieści i cztery”? Tak czy inaczej, w obliczu gnijącej władzy powstanie nowego paradygmatu jest nieuniknione. To oczywistość i konieczność – tak jak oczywisty jest interes Polski.

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 26/2021

Kategorie: Andrzej Romanowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy