Trzech

Na Święta – do diabła tam z polityką.
A zwłaszcza z tym, co jako politykę narzucają nam codzienne gazety i serwisy telewizyjne, robione przez leniwych dziennikarzy, którym nie chce się wyjść z korytarzy sejmowych i z kilku sal konferencyjnych, w których sieka się codzienny polityczny obrok. Ja też zresztą nie jestem tu bez winy, bo i ja żywię się tym obrokiem, mając jednak w pamięci słowa Artura Sandauera, który zapewniał mnie, że lektura gazet jest stratą czasu, sam zaś nigdy w życiu, także przed wojną, nie czytał gazet. – I niech pan sobie wyobrazi – mówił – że kiedy wybuchła wojna, to znajomi od razu mi o tym powiedzieli. Bo ważne wiadomości mimo wszystko jakoś się przebijają.
Zamiast jednak lektury gazet Sandauer przeczytał wszystko, co sensownego napisano nie tylko po polsku i w językach europejskich, ale także po łacinie, po starogrecku i starohebrajsku, może też po aramejsku, nie wiem.
Ja nie mam tak bogatej oferty, gdy jednak myślę o czymś miłym na Święta, przychodzą mi na myśl trzy wystawy, które obejrzałem w mijającym roku i które zostały mi w pamięci jako momenty ważne i zastanawiające.
Otóż najbardziej zastanawiające w nich było właśnie to, że podczas gdy przeciętni ludzie żyją nerwowymi, krótkimi rytmami, poganiani przez presję zdarzeń zewnętrznych, autorzy tych wystaw, prawdziwi artyści, płyną na długiej fali, a problemy, które postawili przed sobą 20 albo 30 lat temu, doznają rozwiązania – jeśli doznają – po latach, albo rozwijają się w nowe, wynikające z poprzednich.
Wojciecha Fangora – bo on jest bohaterem jednej z tych wystaw w galerii aTAK w Warszawie – spotkałem po raz pierwszy chyba w połowie lat 50. Robił wówczas wrażenie człowieka małomównego i osobnego i rzeczywiście trochę obszerniej porozmawialiśmy sobie dopiero niedawno, na jego 85-lecie. Ale wszyscy wokół wiedzieli już wtedy, że Fangor rozwiązuje jakiś problem, którym była dla niego i jest nadal przestrzeń. Malarstwo zawsze borykało się z przestrzenią, to oczywiste, u Fangora jednak przestrzeń nie oznacza po prostu przestrzeni rzeczywistej, którą umieszcza na płaskim płótnie, lecz jest zjawiskiem zaskakującym, które samo potrafi tworzyć zagadkowe sytuacje, jak na przykład „przestrzeń międzytwarzowa”, która wytwarza się pomiędzy dwoma zwróconymi ku sobie twarzami i wydaje się ciekawsza niż tworzące ją dwa obiekty.
Wystawa „Prace na papierze w kolorze”, o której mówię, pokazuje barwne rysunki i obrazy wykonywane pomiędzy końcem lat 40. a chwilą obecną. Jest tam, rzecz jasna, mnóstwo różnorodnych prób i pomysłów, ale jest także stałe przekonanie, że świat jest bogatą strukturą, dynamiczną, ale przecież poznawalną i stabilną. Oglądając więc prace Wojciecha Fangora, nie można się zbytnio dziwić, że jego syn już od 12. roku życia został astronomem. Bo przecież o czymś podobnym uczy nas struktura kosmosu, z pozoru powikłana i tajemnicza, którą jednak największe umysły, od Kopernika i Newtona po Einsteina i Hawkinga, starają się przedstawić w sposób jasny, olśniewająco prosty i estetycznie doskonały. Jak obrazy Fangora, chciałoby się powiedzieć, ale nie o to chodzi.
Chodzi o to, że pomiędzy pierwszymi a obecnymi pracami Fangora zdarzyło się mnóstwo spraw. Artysta był w Polsce, wyjechał z niej na wiele lat do Ameryki, powrócił, a tymczasem tutaj zmienił się ustrój i wszystko, co z tego wynika. Perturbacje te pozostawiły oczywiście ślady w jego malarstwie, ale przecież nie zakłóciły logiki tego dzieła, nie pokawałkowały go ani nie podzieliły.
Nie braknie dziś szaleńców, którzy skłonni są dzielić wszystko, także sztukę i kulturę, pod dyktando politycznych koniunktur, na tym przecież opierają się wszystkie koncepty „rozliczeniowe” czy lustracyjne. Pomnikiem tego stylu myślenia o kulturze wydaje mi się tak skwapliwie adorowana książka Anny Bikont i Joanny Szczęsnej „Lawina i kamienie”, której autorki skrupulatnie podzieliły Andrzejewskiego, Brandysa, Woroszylskiego, Konwickiego, Ważyka i kogo tam jeszcze na kawałki słuszne i niesłuszne, nie zauważając w ogóle, że mają do czynienia z żywymi ludźmi, niosącymi w sobie trwałe fabuły własnego życia, dla których turbulencje aktualności są tłem zaledwie, a nie istotą.
Ale wróćmy do mądrze prowadzonej przez Krzysztofa Musiała galerii aTAK, która zaraz po wystawie Fangora pokazała „Dotyk abstrakcji”, jakiego doznał – nie wiadomo właściwie kiedy, jest to ciągle dyskusyjne – jeden z najwybitniejszych i bardziej zagadkowych malarzy polskich II połowy XX w., Artur Nacht-Samborski.
W szufladkach profesjonalnej krytyki artystycznej Samborski wsadzony jest do przegródki „kapiści”, jego tematem malarskim zaś są liście fikusa, portrety i pejzaże, figuratywne oczywiście, bo przecież takimi z grubsza kryteriami posługuje się u nas krytyka. Tymczasem nagle okazało się, że w potężnym depozycie, złożonym w poznańskim Muzeum Narodowym, znajduje się kilkadziesiąt prac abstrakcyjnych, których Nacht-Samborski nie pokazywał nigdzie i nikomu. Pamiętam rzeczywiście, że w „październikowych” latach 50., kiedy z pracowni malarskich wypływały tłumnie ukrywane dotąd dzieła, pracownia Artka Samborskiego, jak się o nim mówiło, na Nowym Mieście spowita była tajemnicą. Podobno chodził tam krytyk i malarz Stajuda, co jednak robił Samborski, uznany już wówczas za mistrza, było niejasne i denerwujące do tego stopnia, że ktoś, pamiętam, fuknął złośliwie, że pewnie szydełkuje.
Dziś możemy to oglądać i sądzę, że wówczas, kiedy po upadku socrealizmu tyle było konfliktu pomiędzy realizmem a abstrakcją, Samborski sam dla siebie, aby sprawdzić po prostu, jak obie te sprawy mają się do siebie, namalował ten zbiór obrazów. I sprawdził, że cały ten podział jest fikcją. Że, jak mówił Picasso, u źródeł każdej abstrakcji leży jakiś realistyczny konkret, a każdy obraz figuratywny, jak twierdził Klee, jest przez swoją strukturę, kompozycję, kolorystykę obrazem abstrakcyjnym. A więc w owym „Dotyku abstrakcji” Nacht-Samborski pozostaje nadal sobą, jego żywiołem jest przede wszystkim kolor, a jego światem malarskim fikusy, portrety i pejzaże. Abstrakcyjne.
Na koniec wreszcie w Galerii Grafiki i Plakatu wisi duża wystawa prac Jana Młodożeńca z lat ’60, ’80 i ’90, bez którego „polska szkoła plakatu” nie byłaby sobą. Sama radość, choć nie będę opisywał tych prac, w myśl uwagi Samborskiego, że za dużo jest słów między obrazem a widzem. Być może te słowa właśnie odstraszają od obrazów.
Ale mamy już teraz podobno być normalni. Trzeba zazdrościć Tuskowi, że bez żadnego wyraźnego powodu właściwie i żadnych namacalnych konkretów jego dojście do władzy wywołało uczucie odprężenia i normalności, za którą społeczeństwo nasze okazało się tak stęsknione. Normalni ludzie, zamiast drgać w rytmie gazet, potrzebują dłuższego oddechu. Przynosi go sztuka mistrzów.
Wesołych Świąt.

Wydanie: 51-52/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy