Wielka księga i wielkie nieszczęście

Wielka księga i wielkie nieszczęście

BEZ UPRZEDZEŃ 

W wywiadzie dla “Polityki” (nr 14) prof. Leon Kieres, prezes IPN, powiedział: “Przyszła do mnie (…) pani Ewa Siemaszko, współautorka pracy “Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945” z prośbą o pomoc, gdyż kilka instytucji odmówiło jej udostępnienia sali na promocję książki”. Książka zakazana choćby tylko przez niektóre instytucje to coś dla mnie. Kupiłem ją sobie. Przeczytałem duże fragmenty, na przeczytanie całości na razie nie mam odwagi. Obawiam się, że po dokładnym zaznajomieniu się z całością mógłbym się stać innym człowiekiem, tak jak wielu zachodnich czytelników zmieniło samych siebie po przeczytaniu “Archipelagu Gułag” Aleksandra Sołżenicyna. Nie jestem dyletantem, gdy chodzi o tematykę książki, wyobrażenia o losie ludności polskiej na Wołyniu i Podolu miałem urobione na podstawie opowieści naocznych świadków. Książka je potwierdza, ale z taką siłą, z taką mnogością sprawdzonych informacji, że ta powiększona wiedza staje się prawie nie do udźwignięcia.
Książka została napisana przez Władysława i Ewę Siemaszków. Liczy ponad 1400 stron. Ma charakter czysto dokumentalny. Żadnej retoryki, żadnego teoretyzowania ani moralizowania. Autorzy włożyli ogromną pracę, chcąc jedynie ustalić fakty: ile ofiar pociągnęła eksterminacja ludności polskiej dokonana przez UPA, gdzie i kiedy dokonano morderstw, jakie sposoby zabijania stosowali zbrodniarze. Panujący zwyczaj pozwala niczego nie przemilczać, gdy chodzi o okrucieństwa, nie tylko w pracach dokumentalnych, takich jak dzieło Władysława i Ewy Siemaszków, gdzie cała prawda miała prawo się znaleźć, ale również w publikacjach o nakładzie masowym. Nie chcę tu korzystać z tego zwyczaju. Powiem jedynie, że pod względem sadyzmu i bestialstwa ani Niemcy, ani Sowieci nie dorównywali UPA. Z całą dosłownością, szczegółowością odżyły rzezie z XVII i XVIII w.
W zestawieniu z rzeczywistością czasów wojny polska świadomość historyczna jest niezmiernie płytka. Cały tragizm realnych dziejów wymyka się też uczonej historiografii. Odsłonięte właśnie Jedwabne, czy znane, ale dotąd bez należytej dokładności, rzezie wołyńskie uświadamiają nam konwencjonalność polskich wyobrażeń martyrologicznych. Zastanawiam się, czy pokolenia, które przyzwyczaiły się cierpieć z powodu ucisków doznawanych w PRL, są zdolne w pełni pojąć sens Jedwabnego czy Wołynia, to znaczy pojąć te horrory w ich prawdziwie realnym wymiarze. Widzę, że niektóre osoby bardzo tymi tragediami przejęte, traktują je jak dobre chwyty retoryczne, ułatwiające lansowanie swoich niemądrych politycznych ocen i odróżnień.
15 lat po wojnie te wydarzenia wydawały się bardziej oddalone w czasie niż obecnie. Wyobraźnia ostatnio wytęża się w stronę przeszłości i selektywnie ją przybliża. Na odległość zainteresowań prokuratorskich. Powstały kosztowne urzędy prokuratorskie i inne instytucje, których zadaniem jest śledzenie przeszłości, która 30-40 lat temu uchodziła za zamkniętą i przedawnioną. Do czego dojdziemy, do czego doprowadzi nas ta nowa pasja osądzania tego, co zostało już osądzone? Według mnie, jest dużo jeszcze do odkrycia, a gdy już wszystko zostanie odkryte i odkrycia przyswojone, zmieni się nie tylko nasz obraz historii, ale również nasze położenie narodowe.
Czy pojęcie “końca historii” jest naprawdę tak pozbawione treści, jak się mówi? Czy to widowiskowe, zaskakujące nawet przybliżenie się rzeczy minionych nie stanowi przejawu “końca historii”? Futuryzm (w sensie szerszym niż literacki) dominował nad umysłami przez 200 lat. Wszystko, co twórcze, nawet konserwatyzm (patrz: Zygmunt Krasiński), żyło przyszłością, w centrum filozofii stawiało kategorię praxis (Cieszkowski, marksiści, pozytywiści, Brzozowski), chciało kształtować przyszłość. To się skończyło, już “nie ma przyszłości”, rozliczamy historię, a wielkie wojny, bez których nie możemy żyć, możemy rozgrywać – tak nam się zdaje – tylko w przeszłości, jako wojny moralne.
Odbiegłem daleko od tematu: nie wiem, jakie wnioski może wyciągnąć z wielkiego dzieła Władysława i Ewy Siemaszków tak zwany “przeciętny” człowiek. Jestem natomiast pewien, że powinien ją przeczytać każdy polski polityk. Jest to bowiem historia społeczności opuszczonej przez politycznych przywódców, pozostawionej na łasce wrogiego żywiołu, obłąkanego ideologią “niepodległości”. Wychodzą jeszcze raz na jaw błędy rządzących II Rzeczpospolitą i wychodzi na jaw nicość polskiego “państwa podziemnego”.

Wydanie: 16/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy