Niepokoje Anny Strońskiej

Niepokoje Anny Strońskiej

Ukazało się drugie wydanie książki Anny Strońskiej „Dopóki milczy Ukraina”. Jest ono poszerzone o jeden rozdział, w którym autorka odpowiada m.in. na recepcję pierwszego wydania. Jest to bardzo interesujący tekst nie tylko ze względu na wypowiedzianą treść, ale także z powodu przenikającego go niepokoju. Ten niepokój udziela się czytelnikowi. Trzeba dodać, że podobne uczucie daje się wyczuć w części społeczeństwa mającego wrażenie, że obecny stosunek Polski do spraw ukraińskich jest wysoce nieodpowiedni. „Polski” – to znaczy władz, mediów i autorytetów społecznych.
Rozdziały tej książki były pierwotnie drukowane w paryskiej „Kulturze” i w swojej wymowie są zgodne z poglądami Jerzego Giedroycia. „Czytam bardzo uważnie „Dopóki milczy Ukraina” – pisał do autorki redaktor „Kultury” – książka jest rzeczywiście znakomita i nareszcie te sprawy ukraińskie są postawione w sposób bardzo trzeźwy. (…) Mam nadzieję, że Pani książka da dużo do myślenia zarówno Ukraińcom, jak i Polakom i przyczyni się do sprecyzowania naszej polityki, tzn. powstania naszej polityki wschodniej, bo w tej chwili są to tylko sztance i frazesy”. Obecnie Polska już ma politykę wschodnią, ale wielu sądzi, że lepiej by nie mieć żadnej, niż mieć taką właśnie. Sztance i frazesy nabrały mocy i kierują tą polityką.
Przyjęcie książki Anny Strońskiej przez stronę ukraińską było takie, że ambasada Ukrainy w Warszawie złożyła w polskim Ministerstwie Kultury i Sztuki protest przeciw udzieleniu dotacji na druk tej książki. W Polsce powstaje coraz więcej pism i organizacji potępiających nastawienie antyukraińskie, „dobrze by było, gdyby podobny proces zachodził również na Ukrainie”, ale niestety nie zachodzi. Pozostaje wiele niewyjaśnionych uczciwie lub celowo przemilczanych problemów we wzajemnych stosunkach. Oficjalny optymizm obu stron nie wytrzyma próby czasu. Są sprawy, których uczciwe nazwanie wywołuje niemal zgrozę u zwolenników pojednania.
Zwolennicy pojednania w jednym punkcie zgadzają się z przeciwnikami: jedni i drudzy mówią pozytywnie lub negatywnie o pojednaniu narodów polskiego i ukraińskiego. Naród jednakże ukraiński nie uczynił nam żadnej krzywdy, natomiast rachunki mamy z faszystami ukraińskimi, z różnymi ich frakcjami, a przede wszystkim z UPA. Przemilczeć – do czego się Polaków nakłania – niesamowite zbrodnie tych faszystów, to tak albo i gorzej jakby przemilczeć Katyń. „W latach 1943-1944 w niegdysiejszych województwach – w lwowskim, tarnopolskim, stanisławowskim i wołyńskim – śmierć męczeńską poniosło co najmniej sto dwadzieścia tysięcy ludzi” – przypomina Anna Strońska i cytuje Marka Nowakowskiego, który w swojej laudacji książki Ewy i Władysława Siemaszków o ludobójstwie na Wołyniu mówił m.in.: „dzieło Siemaszków obala fałszywe mity rozpowszechnione przez relatywizatorów obu stron – jeżeli już z trudem przyznających, że zdarzały się tam na Kresach, w latach 1939-1945 rzeczy straszliwe, to wtłaczających je w formułkę „wojny domowej”,… tymczasem zdziesiątkowana wcześniej sowieckimi masakrami i wywózkami strona polska stanowiła wówczas zaledwie ułamek tamtejszego potencjału ludnościowego. Nie była w stanie (…) stworzyć nawet skutecznej samoobrony, wystawiona po prostu na rzeź przeprowadzoną metodycznie przez różne ugrupowania ukraińskie – bulbowców, melnykowców, Ukraińską Powstańczą Armię – wspomagane przez szerokie rzesze okolicznego chłopstwa”.
Autorytety polskie liczą, że o tym wszystkim można zapomnieć. Ukraińskie jednak nie zapominają i… stawiają pomniki, honorują nazwami ulic, dają prawa kombatanckie zbirom mającym na rękach krew tysięcy ofiar polskich, ale także ukraińskich, bo nie wszyscy Ukraińcy chcieli przyłączyć się do akcji faszystów.
„Po II wojnie światowej, po definitywnym ustaleniu granic jeszcze przez prawie pięć lat toczyły się w południowo-wschodniej Polsce zajadłe walki o terytoria dla przyszłej, dopiero w przyszłości wyzwolonej, w przyszłości niepodległej Ukrainy. Spodziewany wybuch III wojny światowej miał się zakończyć ustaleniem granicy tym razem na naszą niekorzyść. Bieszczady, Małopolska – to nie była konfrontacja z systemem komunistycznym, tylko etniczna czystka, szykowanie obszarów zamieszkanych wyłącznie przez Ukraińców, więc bezspornie ukraińskich. Banderowcy i melnykowcy w swoich żądaniach terytorialnych wyszli daleko poza niegdysiejszą linię Curzona, domagając się (…) dziewiętnastu, tak jest, dziewiętnastu powiatów. Białej Podlaski, Parczewa, Włodawy, Chełma, Krasnegostawu, Hrubieszowa, Zamościa, Tomaszowa Lubelskiego, Biłgoraja, Lubaczowa, Jarosławia, Przemyśla, Brzozowa, Sanoka, Leska, Krosna, Jasła, Gorlic i Nowego Sącza”. Dodajmy, że dziś drukowane mapy etnicznych granic Ukrainy obejmują te terytoria. I to nie żadni ekstremiści je drukują. „Dobrowolne czy półdobrowolne przesiedlenia ludności ukraińskiej – cytuję Annę Strońską – miały miejsce w latach 1945-1946, równolegle do przesiedleń Polaków. Akcja „Wisła” – przymus do wyjazdów po trzyletnich intensywnych akcjach UPA – dopiero w 1947. I dopiero wtedy (nie wcześniej) skończyło się wybijanie Polaków we wschodniej Małopolsce. (…) Nie wydaje się, żeby o tym pomyśleli senatorowie, jeszcze za premiera Mazowieckiego uchwalający euforycznie potępienie Akcji „Wisła”. Przy nieporównywalnym rachunku win i krzywd zaczęliśmy przepraszać”.
Pod parasolem polskich przeprosin i „pojednania” pojawiają się w ukraińskich publikacjach zapowiedzi sięgania po „etniczne granice”. Autorka cytuje z ukraińskiego czasopisma „Nasze Słowo” (12/98): „Historia nas uczy, że plany, które w obecnej międzynarodowej sytuacji wydają się niemożliwymi, mogą stać się całkiem realne dla urzeczywistnienia jutro. Tylko trzeba być gotowym, żeby skorzystać ze sposobności, które się przed nami odkrywają… W naszej świadomości my wszyscy Ukraińcy musimy uważać Łemkowszczyznę za historyczną ukraińską ziemię, choć ona teraz w składzie polskiego państwa. (…) Taki stan jest dzisiaj i nikt nie zamierza zmieniać państwowych granic. Ideę, że Łemkowszczyzna, Zasanie, Chełmszczyzna i Podlasie – to ziemie ukraińskie, trzeba utwierdzać w świadomości i podświadomości Polaków. Oni muszą tę ideę przyjąć, chociaż ona jest dla nich wielce gorzka…”.
Za komentarz niech nam wystarczy informacja, że czasopismo, które to drukuje, jest sponsorowane przez polskie Ministerstwo Kultury i Sztuki.

Wydanie: 40/2006

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy