Kłótliwa demokracja

Kłótliwa demokracja

Zanim dr Mariusz Łapiński zdążył na stanowisku ministra cokolwiek postanowić, już stał się celem zwracającej uwagę krytyki „Gazety Wyborczej” i niektórych posłów opozycyjnych. Z każdą jego decyzją krytyka się nasilała, aż doszła do obecnego histerycznego poziomu. Jej jakość, barwa emocjonalna, da się wytłumaczyć tylko mściwością. Ponieważ w chwili obecnej panuje przekonanie, że nic się nie dzieje bez korupcji, jako oczywistość narzuca się podejrzenie, że medialni i sejmowi krytycy ministra zdrowia mogli zostać przekupieni przez międzynarodowe koncerny farmaceutyczne, których zyski na polskim rynku zostały przez Łapińskiego umniejszone. Za nic i za nikogo w naszych czasach nie można ręczyć, ale to podejrzenie uważam za błędne. Zemsta jest polityczna i ma inne źródło. Żadna z żałosnych reform rządu AWS i Unii Wolności nie była tak kompromitująca i nie zaszkodziła tyle poprzedniemu rządowi w oczach opinii publicznej co wprowadzenie kas chorych. Pod rządem SLD zatrzeć najdotkliwszą porażkę partii „posierpniowych” mnożna było tylko w jeden sposób: systematycznie dyskredytując, „miażdżąc” politykę lewicowego ministra zdrowia, zwalczając go za każde rzeczywiste i zmyślone posunięcie, przypisując mu fałszywe motywy i robiąc to wszystko, nie liczyć się w ogóle z faktami. Celowała w tym posłanka z Platformy Obywatelskiej, nazwiska nie pamiętam, ale od razu rozpoznaję ją w telewizorze. Gdzieś czytałem mało prawdopodobną wiadomość, że właśnie wyszła za mąż. Nie wróżę temu stadłu trwałości, wątpię, by nieszczęsny małżonek mógł z taką osobą długo wytrzymać.
Krytyka ministrów odpowiedzialnych za opiekę zdrowotną jest nieustająca we wszystkich państwach opiekuńczych. Wszędzie używa się takich samych argumentów. Widzi się te same emocje. Wszędzie telewizja, pokazując chorych, dla których zabrakło lekarstwa (przeważnie bardzo drogiego), stawia pod pręgierz ministra, rząd albo cały „nieludzki” system. W kraju, który jest największym producentem leków i głównym producentem ideologii zdrowia, to jest w Stanach Zjednoczonych, odbywają się antyrządowe manifestacje domagające się wynalezienia lekarstw na choroby nieuleczalne. W żadnym europejskim kraju państwowy system opieki zdrowotnej nie zapewnia dostępu do lekarza specjalisty bez kolejki, a takiej utopii gazety domagały się od ministra Łapińskiego.
Jawna krytyka władzy przez media jest w Polsce zdobyczą dość świeżą, nie zdążyli się do niej przyzwyczaić ani rządzeni, ani rządzący. Ludziom wciąż się wydaje, że jeśli prasa krytykuje rząd lub samorząd, to widocznie coś wie. Tymczasem wcale tak być nie musi. Zwalczanie rządu jest automatyzmem wmontowanym w demokrację liberalną, rząd dobry może być zwalczany z taką samą albo i większą zajadłością jak rząd zły. Jak zauważył już Hegel (wielki filozof, choć czasem niejasny), demokratyczny liberalizm nie zadowala się tym, że w kraju istnieją prawa, że własność prywatna i wolność jednostek są zapewnione, że miasta i wsie mają wybrane przez siebie samorządy. Demokratyczny liberalizm jest wiecznym niezadowoleniem, ponieważ nie wszystko dzieje się zgodnie z wolą jednostek. Nie pozwala na stabilizację władzy. „Wszelkim konkretnym decyzjom rządu przeciwstawia się natychmiast zasadę wolności, piętnując te decyzje jako wyraz woli partykularnej, a więc samowoli. Wola większości obala rząd, a jego miejsce zajmuje dotychczasowa opozycja; ale stając się teraz rządem, ma ona znowu mnogość jednostek przeciwko sobie. I tak utrzymuje się stale chwiejność i niepokój. Ta kolizja, ten węzeł, ten problem – oto etap, do którego doszły dzieje i który będą miały w przyszłości do rozwiązania”. Hegel mówił to jakieś sto osiemdziesiąt lat temu, gdy liberalizm nie występował jeszcze w takiej barbarzyńskiej postaci jak obecnie w Polsce i wielu innych krajach. „Dzieje” radziły sobie z tym problemem w taki oto sposób, że co kilkadziesiąt lat pozwalały zapanować dyktaturze lub innej formie rządów autorytarnych, pod postacią wojny albo i bez wojny, i przypominały narodom, że nie należy przesadzać z wolnością jednostki.
Czy władza ma należeć do rządu wybranego w głosowaniu powszechnym, czy do jednostek z ich partykularnymi interesami? Kto by pomyślał czternaście lat temu, że i takie elementarne kwestie w demokratycznej Polsce będzie trudno rozstrzygnąć. Właśnie mamy piękny przykład przed sobą, jak partykularna wola prywatnych właścicieli mediów zdobywa przewagę nad ustawodawczymi aspiracjami władzy państwowej, pragnącej stanowić prawa dla tych mediów. Czy w tych warunkach (wskazałem jeden przykład, a istnieje ich mnóstwo) można się dziwić, że wzrosła popularność partii, którym ludzie przypisują chęć rozprawienia się z liberalizmem?
Gdy się długo wykonuje jakiś zawód, ma się skrzywienie zawodowe i wykładowca historii myśli społecznej też je ma. Wolę cytować myślicieli charyzmatycznych, niż mówić od siebie. „W tym samym stopniu – pisał Dawid Hume, najjaśniejszy umysł czasów nowożytnych – w jakim prawodawcom i założycielom państw należy się cześć i szacunek, twórcy partii zasługują na potępienie i nienawiść, ponieważ wpływ partii jest dokładnie przeciwny wpływowi praw. Partie podkopują ustrój, prawa czynią bezsilnymi i rozbudzają najdziksze animozje wśród ludzi tego samego narodu, którzy wzajemnie powinni udzielać sobie wsparcia i ochrony. Tym zaś, co czyni założycieli partii jeszcze wstrętniejszymi, jest trudność, na jaką napotykają próby ich wytępienia”. System wielopartyjny z właściwym mu mściwym zwalczaniem przeciwnika i ślepotą na jego racje jest tylko odrobinę mniejszym złem niż system jednopartyjny.
Dr Mariusz Łapiński miał powody, aby stracić cierpliwość wobec dzikiego ataku gazet, jakiego był obiektem przez czas urzędowania i jakim jest w dalszym ciągu. Premier Leszek Miller pouczył go (pouczających było wielu), jak należy zachować się wobec mediów. Nie był jednak w roli mentora przekonujący, bo przyjmując postawę skrajnej uległości wobec gazet i pozwalając nawet nagradzać się przez jedną z najbardziej wrogich SLD, został mimo to, a właściwie wskutek tego uwikłany w „aferę Rywina” z możliwością znalezienia się przed Trybunałem Stanu. Byłem gorącym zwolennikiem Leszka Millera; gdybym go bronił przed atakami mediów, co bym osiągnął? Zostałbym zdezawuowany, tak jak się to stało kiedyś z Markiem Barańskim z „Trybuny”.
Media są jak wódka, która pita z umiarem, nie szkodzi w żadnej ilości. Są one szkodliwe tylko dla tych, co chcą za wszelką cenę do nich się przystosować, co myślą tylko ich pojęciami i poza nimi nie wyobrażają sobie istnienia.
Ojcu dyrektorowi Rydzykowi nie zaszkodzi ani Agora, ani „Gazeta Wyborcza”, ani „Rzeczpospolita”, ani TVP, ani TVN, ani żadna inna siła słowno-obrazkowa. Dlaczego? Bo on ma swoje zdanie odrębne.

Wydanie: 22/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy