W kwestii arabskiej

W kwestii arabskiej

Obecna negatywna postawa społeczeństwa polskiego wobec ludności arabskiej – co pokazują badania społeczne i głosy prawicowych polityków wraz z ich wrzeszczącym zapleczem brukowych portali internetowych – to przykład, jak uprawiana przez władzę polityka i przekazy medialne mogą zupełnie zmienić nastawienie ludzi.

Obraz Araba terrorysty i muzułmanów podkładających bomby, rozpowszechniany przez minioną dekadę w polskich mediach, mocno się utrwalił na poziomie kultury popularnej. To raczej produkowało uprzedzenia, niż było źródłem obiektywnej informacji o innej kulturze.

Przez długi czas dyżurnym obcym w Polsce byli Żydzi, ale ostatnio poprawność polityczna nie pozwala na głoszenie otwartego antysemityzmu. Nowym negatywnym punktem odniesienia, tworzącym poczucie „narodowej swojskości”, mogą być za to bez żadnych wyrzutów wyznawcy islamu. W ten sposób antysemityzm zyskał konkurenta w postaci islamofobii.

Nie zawsze jednak tak było: obcy z Bliskiego Wschodu w okresie PRL nie byli wcale tacy obcy w Polsce. Ze względu na trwającą wówczas zimną wojnę i podział świata na dwa wrogie bloki militarno-polityczne, duża część krajów arabskich miała dobre relacje z państwami bloku wschodniego. Chodziło nie tylko o sojusz polityczny czy o współpracę militarną, ale także o kontakty w innych sferach życia. Z jednej strony, wielu polskich inżynierów i budowlańców pracowało w Libii, Iraku czy Syrii i prowadziło tam – w imieniu polskich przedsiębiorstw państwowych – duże inwestycje. Z drugiej, bardzo wielu mieszkańców Bliskiego Wschodu przyjeżdżało do nas na studia. Mówienie o „przygniatającej” liczbie kilkunastu tysięcy imigrantów, na których przyjęcie nie stać dziś Polski, jest dość żenujące. W PRL nie było z tym problemu. W samym Wrocławiu na przełomie lat 80. i 90. przebywało około tysiąca studentów i doktorantów z krajów arabskich. Zdążyli jeszcze w 1990 r. zorganizować na wrocławskim rynku kilkusetosobową demonstrację – z okazji uwolnienia z więzienia Nelsona Mandeli – która została zaatakowana przez faszystowskich skinheadów.

Zdecydowana większość studentów arabskich po zakończonej nauce wróciła do swoich krajów, często obejmując w nich ważne stanowiska. Korzystała na tym polska gospodarka, której towary były chętnie przyjmowane w zaprzyjaźnionych państwach arabskich. Kontaktów tych polskie władze po 1989 r. nie potrafiły jednak wykorzystać.
Sytuacja zmieniła się diametralnie wraz ze zmianą systemu politycznego w Polsce. Aspirując do członkostwa w NATO, Polska wysłała już podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej w 1991 r. okręty ratownictwa medycznego i zabezpieczenia chemicznego. Późniejszy udział polskich wojsk w bezsensownej wojnie w Iraku i w Afganistanie zburzył wcześniejsze dobre relacje z państwami arabskimi.

Paradoks minionych 25 lat polega na tym, że choć oficjalnie system stał się bardziej demokratyczny, zwiększył się przepływ informacji i ludzi ponad granicami, to różnorodność kulturowa i idąca z nią w parze otwartość społeczeństwa polskiego w wielu obszarach się skurczyła.

Tak się dzieje, kiedy różnice kulturowe nakładają się na inne podziały – np. na konflikty klasowe. I kiedy frustracja mająca podłoże w stosunkach ekonomicznych oraz braku bezpieczeństwa socjalnego zamienia się nie w krytykę systemu ekonomiczno-politycznego, lecz w agresję wobec „obcych”, którzy rzekomo mogą zabrać pracę i pieniądze na zasiłki. Biedne polskie społeczeństwo łatwo przyjmuje proste wyjaśnienia i cele agresji wskazywane przez prawicowych populistów.

Gdy słyszę o postulowanej przez premier Kopacz selekcji, która ma określić, czy ktoś mieści się w wyznaczonych kwotach legalnych uchodźców, czy może jest mniej wykształcony, mniej przydatny i w związku z tym otrzyma łatkę „nielegalnego imigranta ekonomicznego”, budzi się we mnie złość na uleganie nacjonalistycznym nastrojom. W tym samym bowiem czasie za granicami Polski przebywa kilka milionów naszych obywateli, którzy korzystają z otwartych granic i są typowymi migrantami ekonomicznymi. A prezydent Duda nawet zachęca Polaków w Wielkiej Brytanii do pozostania poza krajem, bo sytuacja w Polsce wciąż nie sprzyja godnemu życiu.

Kiedy widzę dziś na polskich ulicach nacjonalistycznych prymitywów wrzeszczących rasistowskie hasła i mam w pamięci imperialne najazdy (w poszukiwaniu taniej ropy) na Irak i Libię, przypominają mi się słowa Hannah Arendt. W „Korzeniach totalitaryzmu” określała ona rasizm i imperializm mianem przymierza motłochu z kapitałem, które dzieliło ludzi na panów i niewolników, na gatunki wyższe i niższe, na ludy kolorowe i białych ludzi.

Z kolei bełkot prawicowych kiboli o „wojnie cywilizacji” przypomina mi ideologiczną książkę Samuela Huntingtona „Zderzenie cywilizacji”, która miała uzasadnić amerykańskie inwazje w latach 90. i usankcjonować agresję wobec islamu oraz Chin. Amerykański politolog powiązany z Departamentem Bezpieczeństwa wykonał swoje zadanie z nawiązką. Dziś może służyć za inspirację dla polskich faszystów.

Obserwowana obecnie tragedia uchodźców powinna przypominać wszystkim ludziom lewicy, że nie można oddzielać walki o równość ekonomiczną od walki o otwartość i różnorodność kulturową. Te dwie sprawy mocno się wiążą.

Wydanie: 39/2015

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy