Czy adwokat może być ministrem sprawiedliwości?

Czy adwokat może być ministrem sprawiedliwości?

Lista prezydenckich zarzutów i wątpliwości wobec Radka Sikorskiego pozostaje tajna, a może nawet ściśle tajna. Sama klauzula tajności wskazuje, że chodzi tu o bezpieczeństwo państwa. Wychodzi na to, że Ministrem Spraw Zagranicznych zostanie człowiek w opinii Prezydenta dla państwa niebezpieczny.
Lista zarzutów i wątpliwości wobec Zbigniewa Ćwiąkalskiego jest jawna. Ten profesor prawa karnego jest też adwokatem! Co gorsza, jako adwokat broni przestępców, a jako profesor sporządza czasem opinie prawne! W tym także opinie – jak ta w sprawie Krauzego – niemiłe ziobrowej prokuraturze. Jako obrońca bronił m.in. Stokłosę. To źle. Czy byłoby lepiej, gdyby bronił kogoś kojarzonego z prawą stroną sceny politycznej? Nie wiadomo. A może w ogóle to źle bronić w sądzie kogokolwiek?
Okazuje się, że niezrozumienie roli adwokata w cywilizowanym procesie jest u nas dość powszechne i co tu dziwić się gawiedzi, gdy roli tej nie rozumie Prezydent i jego najbliżsi współpracownicy i opinie swoje na ten temat rozpowszechniają za pomocą telewizji.
Zarzucać adwokatowi, że broni przestępcę, to tak jakby księdzu zarzucać że spowiada grzeszników i w dodatku daje im rozgrzeszenie. Albo jakby lekarzowi zarzucać, że leczy kogoś chorego na „wstydliwą chorobę”, którą być może zaraził się, prowadząc się niemoralnie.
W całym cywilizowanym świecie procedura karna przewiduje udział obrońcy w procesie.
Każdemu oskarżonemu służy prawo do obrony, którego realizację ułatwia mu obrońca.
To prawo do obrony przysługuje każdemu, nawet najbardziej odrażającemu mordercy.
Oskarżony, czasem winny jest zarzucanych mu czynów, a czasem niewinny, to dopiero okazuje się, gdy zapada wyrok, staje sam na przeciw całej machinie państwowej. Ma przeciw sobie oskarżyciela, za którym stoi cały aparat prokuratury, policji. Wyniki jakichś ekspertyz, wywody biegłych, których sensu czasem nie rozumie.
Adwokat jest dla oskarżonego przewodnikiem po tym nowym dla niego świecie. Tłumaczem z języka prawnego na język zrozumiały dla oskarżonego. Adwokat musi być też swoistym „kontrolerem jakości” postępowania dowodowego. Sprawdzać, czy przedstawione przez oskarżyciela dowody są wiarygodne, czy jakichś dowodów nie pominięto, wnioskować przeprowadzenie dowodów, które mogą wykazać niewinność oskarżonego lub w innym świetle pokazać popełniony przez niego czyn. Zadaniem obrońcy jest szukanie okoliczności łagodzących, tak jak zadaniem oskarżyciela jest szukanie okoliczności obciążających.
To wszystko rozgrywa się przed sądem, który rozważyć ma między racjami prokuratora i racjami adwokata.
Adwokat pomaga przestępcy (a czasem nie przestępcy, tylko niewinnie oskarżonemu), ale przecież nie przy popełnianiu przestępstw, tylko w czasie procesu! A to zasadnicza różnica!
Gdy adwokat przyjmuje obronę zabójcy czy gwałciciela, to wcale nie znaczy, że uważa, iż podziela jego system wartości i że chce przeszkodzić w jego ukaraniu i dlatego wszelkimi sposobami przeszkadza prokuratorowi.
Rolą obrońcy gdy jest przekonany o niewinności swego klienta, jest dążenie do jego uniewinnienia. Gdy wie, że broniony poprzez niego oskarżony jest winien zarzucanych mu czynów, zadaniem obrońcy jest dążenie do sprawiedliwego wyroku, a więc takiego, w którym kara będzie współmierna do winy.
Czasem podnosi się zarzut, że to niemoralne, że adwokat bierze za obronę pieniądze od rodziny przestępcy, a te pieniądze mogą być niejasnego pochodzenia.
Próbowano swego czasu w ZSRR. Adwokat był na etacie państwowym. Był takim samym urzędnikiem jak prokurator. Nie płacili mu oskarżony ani jego rodzina, tylko państwo płaciło mu pensję. Logiczną tego konsekwencją było to, że adwokat miał obowiązek współdziałania z prokuratorem, tak aby ułatwić słuszne skazanie przestępcy. Ta karykatura prawa do obrony doczekała się nawet naukowej doktryny rozwiniętej przez prokuratora generalnego ZSRR, Andrieja Wyszyńskiego.
Dzisiejsi przeciwnicy prof. Ćwiąkalskiego, chcąc nie chcąc, wpisują się w tę tradycję i tę kulturę prawną.
Oczywiście minister sprawiedliwości nie może równocześnie prowadzić kancelarii adwokackiej i jednego dnia występować w sądzie jako adwokat, a drugiego w rządzie jako minister. To byłoby niedopuszczalne i kuriozalne. Ale prof. Ćwiąkalski praktykę adwokacką zawiesił na czas sprawowania urzędu. Zatem wszystko jest w najlepszym porządku.
Przeciwnikom prof. Ćwiąkalskiego, którzy równocześnie są, zdaje się, miłośnikami polityki historycznej, przypomnę jedynie, że w okresie międzywojennym wielu wybitnych adwokatów pełniło rozmaite ważne funkcje publiczne, w tym funkcje ministrów sprawiedliwości, posłów czy senatorów. Adwokaci pełnili też ważne funkcje w polskim Państwie Podziemnym i w rządzie na uchodźstwie. Adwokatem był np. Stanisław Mikołajczyk.
Również w III RP był już przypadek adwokata na stanowisku ministra sprawiedliwości. Adwokatem był przecież min. Dyka, którego wpływ na historię zaznaczył się… spóźnieniem na głosowanie nad odwołaniem rządu Hanny Suchockiej, który to rząd właśnie przewagą jednego głosu został odwołany.
Mam nadzieję, że prof. Zbigniew Ćwiąkalski zostanie mimo tych niemądrych zastrzeżeń ministrem sprawiedliwości. Mam też nadzieję, że jako minister posprząta po poprzedniku i naprawi to, co jego poprzednik zepsuł. Ale mam też nadzieję, że wykorzysta swój urząd do podniesienia kultury prawnej w społeczeństwie. Tak aby takie argumenty jak te wysuwane przeciw niemu bardziej ludzi śmieszyły, niż przekonywały.
Tego nowemu ministrowi szczerze jako opozycyjny poseł życzę.

Wydanie: 47/2007

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy