A jeśli nie – to co?

KUCHNIA POLSKA

Do znudzenia już powracam tu do sprawy Unii Europejskiej. To samo jednak czynią inni i prasa pełna jest na przemian okrzyków radości, że tym razem już na pewno nastąpił przełom w naszym kandydowaniu do UE, oraz jęków rozpaczy, że znowu powinęła nam się noga. W sumie jednak wszyscy, z politykami włącznie, mówią w tej kwestii coraz cieńszym głosem i chociaż nie przestajemy nadal nudzić Unii o wyznaczenie konkretnego terminu naszego członkostwa, to daty padają coraz odleglejsze – a to 2003, a to 2005, a to coś jeszcze późniejszego, nie wiadomo też, czy Polska zabierze się do Europy pierwszym pociągiem, czy dopiero następnym, po Estonii i Słowenii na przykład

Co do mnie, to już dość dawno – Czytelnicy świadkiem – opisałem tutaj cztery główne powody naszej kwarantanny unijnej i na razie wszystko to się sprawdza. A więc po pierwsze, Unia nie spieszy się z przyjmowaniem nas dlatego, że dostała już od nas wszystko, na czym jej zależało – kolosalny rynek, praktyczne zniesienie zapór celnych, możliwość wykupienia naszych banków, mediów itd.
– zanim ze swej strony zdążyła nam dać coś konkretnego A sprawa zakupu ziemi w Polsce nie jest tu aż tak ważna, zwłaszcza że jeśli ktoś z zagranicy chce u nas kupić ziemię, to i tak ją kupuje przez rozmaitych, podstawionych obywateli polskich. Po drugie, Unia traktuje nas z dystansem, uważając nas za amerykańskiego konia trojańskiego w momencie, gdy jej stosunki ze Stanami są i muszą być gorsze. Ameryka traktuje proces globalizacji jako wielki “pax americana”, co Europie nie może się podobać; Europa jest obecnie socjaldemokratyczna, a zawsze była racjonalistyczna, podczas gdy Ameryka wybrała sobie mocno prawicowego prezydenta, zatrącającego w niektórych kwestiach, jak np. aborcja, o kwakierską surowość; Europa wreszcie swój dystans do Stanów podkreśla teraz tworzeniem własnych sił zbrojnych, podczas gdy my akces do NATO uważaliśmy, całkiem niesłusznie, za prostą drogę do Unii. Po trzecie, co tu ukrywać, Europę napawa pewnym niesmakiem nasz prawicowo-katolicki fundamentalizm, co liderzy europejscy pokazali całkiem wyraźnie, przyjmując SLD do europejskiej partii socjalistycznej, zrzeszającej socjaldemokracje z krajów Unii, zanim jeszcze Polska jako państwo znalazła się w Unii, a więc jakby wbrew statutowi tej partii. Jest to wskazanie, z jaką Polską nasi partnerzy ewentualnie chcieliby rozmawiać, a z jaką nie bardzo, biorąc pod uwagę, że przecież tą europejską partią socjalistyczną dyrygują ci sami ludzie, którzy dyrygują dzisiaj państwami Unii. I dopiero, jak sądzę, na czwartym miejscu mieszczą się te wszystkie przeszkody, o których pisze się w prasie, a więc prawo do pracy na rynku unijnym, pomoc finansowa, restrukturyzacja rolnictwa i wszystko pozostałe. Od trzech pierwszych czynników zależy tak zwana wola polityczna, aby nas naprawdę do UE przyjmować, zaś kwestie konkretne są sprawami do załatwienia, które można uzgodnić, jeśli się ma taką wolę.
Nudzi mnie już powtarzanie tych truizmów. Natomiast tym, co niepokoi mnie naprawdę, jest brak choćby myśli o jakiejkolwiek alternatywie. Nie twierdzę, że ta alternatywa będzie potrzebna, uważam raczej, że po jakimś, nie dającym się na serio określić czasie, staniemy się krajem unijnym, choć nie wiadomo, na jakich warunkach. Ale każda przemyślana polityka musi zawierać także pytania: a co, jeżeli nie? i co do tego czasu?
Otóż we wszystkim, co czytam i słyszę na ten temat, nie dostrzegam nawet cienia takiej myśli. A nawet przeciwnie, w bardzo wielu opracowaniach gospodarczych, zwłaszcza rządowych, znajduję kalkulacje i prognozy oparte na założeniu, że ten lub inny problem załatwią nam oczekiwane fundusze unijne, które rząd oblicza aż na 7 mld euro rocznie. A co, jeżeli nie? I co do tego czasu?
Brak takiego zastanowienia jest oczywiście prostym rezultatem działań, które podejmowaliśmy od początku naszej transformacji, zmierzających z maniakalnym uporem do zniszczenia wszystkiego, co choćby najodleglej mogło się kojarzyć z RWPG czy dawnymi związkami ze Wschodem lub Południem. Myślę, że obecnie nasza pozycja na rynku rosyjskim, niegdyś całkiem silna, została już w dużej mierze nieodwracalnie zniszczona. Chcąc być “zachodni” odwracaliśmy się od Wschodu, podczas gdy Zachód bez żadnych oporów wszedł na nasze miejsce. Zniszczyliśmy nie tylko duże struktury gospodarcze, ale nawet ów mały, mrówczy handelek wschodni, który odbywał się przy naszych granicach i na stadionach, dając utrzymanie setkom tysięcy ludzi i spore wpływy do skarbu. Obecnie zaś, sądząc z licznych wysokich inspekcji, głównym naszym zmartwieniem jest to, czy nasza wschodnia granica jest dostatecznie szczelna i wystarczająco chroni Zachód przed niepożądanymi gośćmi.
Niedawno byłem w Finlandii, gdzie oblicza się, że co dziesiąty mieszkaniec Helsinek jest Rosjaninem, co nikomu nie przeszkadza, ponieważ Finowie potrzebują rąk do pracy i myślą o swoich interesach, a nie o doktrynalnych abstrakcjach, chociaż prowadzili przecież kiedyś krwawą wojnę z Rosją. Przez kilka powojennych dziesięcioleci znajdował się też w obiegu termin “finlandyzacja”, oznaczający niezmiernie mądre lawirowanie tego kraju pomiędzy Zachodem z jego gospodarką rynkową a ZSRR. Jak zaś wyszli na tym Finowie, można dzisiaj zobaczyć, oglądając owoce politycznego spokoju i wypracowanego systematycznie dobrobytu.
Nam brakuje i jednego, i drugiego. Nie przepuszczamy żadnej okazji, aby w naszej prasie czy deklaracjach politycznych nie demonstrować megalomanii wobec Rosji, do której pan Ujazdowski, przecież minister kultury, nie pofatygował się nawet na dni kultury polskiej. Pouczamy Ukrainę, którą werbalnie nazywamy “strategicznym partnerem”, ale po to – jak powiedział ponoć w Brukseli minister Komorowski – aby nasze “zachodnie” wpływy zahamowały tam wpływy wschodnie, a więc rosyjskie. Nie omieszkamy besztać Białorusi. Jest to oczywiście gadanina i puste gesty, ale nie pozostają one bez śladu na stosunku do nas naszych sąsiadów i ich chęci do współpracy.
Nie lepiej jest i gdzie indziej. Blado i rachitycznie wygląda ponoć Trójkąt Wyszehradzki – struktura, która wydawała się obiecująca; poza zakresem naszego zainteresowania znajduje się CEFTA, bo nad wszystkimi pomysłami na przyszłość Polski unosi się tylko coraz bardziej nerwowe dudnienie do drzwi Unii, które jak na razie są zamknięte.
Wierzę, że się otworzą, chociaż nie wiem, kiedy i jak szeroko.
A jeśli nie, to co? I co do tej pory?

KTT

Wydanie: 21/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy