Kronika uwstecznienia

Kiedyś, dawno już temu, oglądałem w amerykańskim piśmie „New Yorker” taki rysunek: w straszliwej ulewie, na drodze, nieszczęsny ojciec zmienia koło samochodu, czemu przez szybę przyglądają się znudzeni dwaj jego synowie. I ojciec mówi ze złością: Zrozumcie, ja nie mogę zmienić kanału, to się dzieje naprawdę!
Wówczas był to dowcip o pokoleniu wychowanym na telewizji, dziś jest to dowcip o Polsce. Prof. Jacek Wódz, socjolog, z pewnością ma rację, mówiąc („Trybuna”, 28.03.br.), że Polacy „żyją codziennością i coraz głębszym lekceważeniem tego, co się pojawia w mediach”. Ale to, co się pojawia w mediach, dzieje się naprawdę. Naprawdę mamy taki rząd, taki parlament, takich posłów, który prowadzą takie dyskusje i tak zmieniają życie w kraju, do czego mają prawo, ponieważ zostali wybrani. Nie mogą oczywiście sprawić, aby społeczeństwo nie odnosiło się do nich z lekceważeniem, ale mogą spowodować skutki, które po pewnym czasie odczują wszyscy.
Dzieje się tak dlatego, ponieważ Polska leży powalona na łopatki przez rządy prawicy i w tym stanie ogłuszenia można jej zaaplikować wszystko. Każdy przepis, ustawę, nakaz, zakaz, niedorzeczność. Nie tylko dlatego, że PiS i jego sojusznicy mają przewagę w Sejmie, ale również dlatego, że społeczeństwo patrzy na to wszystko jak na niedorzeczny spektakl, marząc o tym, aby przełączyć kanał.
Tymczasem z tych niedorzecznych działań wyłania się konsekwentny plan uwstecznienia naszego kraju i zamienienia go w autorytarne państewko na peryferiach Europy, coś w rodzaju bananowej, a właściwie kartoflanej republiki na obrzeżach cywilizacji.
Warunkiem spełnienia się tego planu jest możliwie dalekie odsunięcie się od współczesnej Europy i jej instytucji. Trzy lata temu, kiedy zostaliśmy przyjęci do Unii, zaświtała nadzieja, że oderwiemy się od lokalnego prowincjonalizmu, włączając się w europejską problematykę społeczną, polityczną i cywilizacyjną. Dziś mówi się, że Polska nie ma żadnej polityki europejskiej, poruszamy się po Europie jak mysz w serwantce, a ilekroć europejskie sądy rozpatrują jakiś polski problem, na przykład skargę Alicji Tysiąc, której polskie szpitale odmówiły usunięcia ciąży ze względów zdrowotnych, państwo polskie przegrywa, ponieważ stosuje praktyki z czasów króla Ćwieczka. Ale ten brak polityki europejskiej nie jest przypadkiem, lecz planem obecnego rządu, co dość wyraźnie powiedział pan prezydent Kaczyński, twierdząc, że dalsza integracja europejska pozbawi nas suwerenności. Pozostawi nam „autonomię Galicji”, jak się wyraził, zapominając pewnie, że Galicja była najbardziej wolną częścią Polski rozbiorowej, gdzie chronili się uchodźcy z innych zaborów i gdzie pisał Wyspiański.
Odcięcie się od Europy, do której formalnie należymy, blokowanie konstytucji europejskiej, którą nasz rząd chce odsunąć do roku 2011, a więc do polskiej prezydencji w Unii (włos się na głowie podnosi na myśl o tej prezydencji pani Fotygi z braćmi Kaczyńskimi, jeśli dotrwają do tego czasu!), ma dać nam czas na zdemontowanie ledwo co odzyskanego państwa prawa.
Podstawą państwa prawa jest konstytucja i ustawa zasadnicza tym się różni od wszystkich innych ustaw, że nie można jej co chwila zmieniać ani modyfikować, jest ona bowiem miarą wszystkich praw, tak jak paryski metr jest miarą wszystkich centymetrów krawieckich. Są państwa, gdzie jak w USA na przykład podstawą prawa jest nadal konstytucja sprzed ponad 200 lat, albo jak Zjednoczone Królestwo, gdzie fundamentem systemu prawnego jest nadal Magna Charta z XIII w.
Tymczasem właśnie teraz rządzące w Polsce partie zamierzają uchwałą sejmową zmienić przyjęte w ogólnonarodowym referendum przepisy konstytucji po to, aby uchwalić zacofaną i restrykcyjną ustawę antyaborcyjną.
Ta ustawa jest pośmiewiskiem, przyznaje ona godność i prawa obywatelskie płodowi „od chwili poczęcia”, a więc od momentu zakładania spodni przez dawcę nasienia, do „naturalnej śmierci”, która nie wiadomo, co znaczy. Wiadomo tylko, że znaczy z pewnością wykluczenie eutanazji, a także karalność samobójstw. Z filmu „Życie na podsłuchu”, nagrodzonego Oscarem, dowiadujemy się, że liczba samobójstw w NRD była tajemnicą strzeżoną przez Stasi, ponieważ samobójstwo uważano za akt antypaństwowy. W Polsce ma być teraz tak samo.
W tym samym filmie słyszymy także, że w NRD nie wolno było wymieniać zwrotu Berufsverbot, czyli zakaz wykonywania zawodu, choć zakazy takie, rzecz jasna, istniały, na przykład wobec niewygodnych artystów. W nowej polskiej ustawie lustracyjnej nie mamy na szczęście tej hipokryzji i mówi się tam otwarcie o zakazie publikowania w prasie przez dziennikarzy, którzy nie poddadzą się lustracji, oraz o zakazie pracy na uczelni dla naukowców, którzy nie dopełnią tego obowiązku. Międzynarodowa Organizacja Dziennikarzy skomentowała już tę ustawę, uważając ją za naruszenie praw człowieka, ponieważ każdy, nawet kłamca lustracyjny, nawet gwałciciel i morderca, ma prawo do wolności słowa, prof. Karol Modzelewski zaś, wiceprezes PAN, zapytał słusznie, dlaczego właściwie były TW albo niezlustrowany zoolog nie może badać ssaków kopalnych, a nawet nauczać na ten temat?
Polsce można obecnie aplikować, co się chce. Poseł Piłka chce omdlałej zaaplikować ustawę przeciwko pornografii. Gdzieś, w radiu chyba, słyszałem nieprzystojną uwagę, że poseł Piłka w bardzo późnym wieku wszedł w związki małżeńskie, stąd jego zainteresowanie tą dziedziną ma ciągle żywy charakter, ale nie o to chodzi. Jego wniosek jest bowiem przykładem na jeszcze jedną cechę naszego systemu stanowienia prawa, a mianowicie na ignorancję prawodawców. Pytanie, czym jest pornografia, nad którym od lat głowią się prawnicy, seksuolodzy, psychologowie i sami pornografowie, Piłka odbija prosto: jest nią wszystko, co nas podnieca.
Mnie co roku podnieca do białości finał tenisowego turnieju French Open na kortach Rolanda Garrosa – a więc zakazać finału! Pewna pani przyznała się w radiu TOK FM, że istnieje spora grupa ludzi, którą podniecają zapachy, ma to nawet jakąś swoją nazwę naukową i sama należy do tej grupy – a więc zakazać zapachów!
Ale to wcale nie jest śmieszne, tak stanowi się obecnie prawa. Z pewnością ludzie nie mówią o tym na ulicach, odnosząc się do całej tej hecy z coraz głębszym lekceważeniem. Ale niestety to wszystko dzieje się naprawdę. Po okresie, który obecnie przeżywamy, pozostaną głębokie zniszczenia w polskim systemie prawnym, a także, co gorsza, w polskiej świadomości, która chcąc nie chcąc ulega uwstecznieniu.
Nie mówiąc już o polskim obyczaju, w którym dyskretne włączenie magnetofonu na początku przyjacielskiej rozmowy jest już oczywistym elementem politycznego i biznesowego savoir-vivre’u.

Wydanie: 14/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy