Cywilizowane życie, cywilizowana śmierć

Cywilizowane życie, cywilizowana śmierć

Na temat stosunku religii do moralności można długo dyskutować, jedno będzie pewne: nie są to dziedziny tożsame. Gdyby oceniano chrześcijaństwo na podstawie moralności jego kapłanów i wyznawców, religia ta prawdopodobnie już dawno zostałaby odrzucona. Brutalne metody nawracania niewiernych, gorszące obyczaje na dworach papieskich w Średniowieczu i epoce Renesansu, nieludzkie prześladowania heretyków i podejrzanych o czary, zorganizowane donosicielstwo i perfidia Inkwizycji, sprzymierzanie się Kościoła z opresyjnymi systemami władzy i wiele jeszcze innych niegodziwości i podłości można wymienić, wszystko to razem nie zdyskredytowało samej religii jako wiary w Chrystusa. Można wątpić we wszystkie cuda powiadają niektórzy z wyjątkiem tego jednego, jakim jest dwutysiącletnie trwanie tak bardzo moralnie obciążonego Kościoła. Co więcej, przyciąga uwagę fakt, że wiara w masach była silniejsza, żarliwsza w czasach, gdy Kościół stosował bezwzględną indoktrynację i ucisk niż obecnie, gdy księża, z wyjątkiem arcybiskupa Życińskiego, są dość łagodni, a Kościół upodobnił się do innych instytucji społeczeństwa demokratycznego i liberalnego.

Lud Boży był zawsze mało wymagający, gdy chodziło o moralność jego pasterzy i nie domagał się od nich cnót ewangelicznych, wiedząc, że pokorą, ubóstwem, nadstawianiem drugiego policzka można by w szybkim tempie zrujnować kościelną, rozległą, międzynarodową strukturę władzy, nie mówiąc już o tym, że trzeba ją było przedtem stworzyć. Wielki filozof, Baruch Spinoza, wykazywał w swoim ”Traktacie teologicznopolitycznym”, że istotną treścią Pisma Świętego jest etyka, a wszystko poza tym jest myślano lub nieistotne. Spinoza się mylił. To moralna treść Biblii jest składnikiem drugorzędnym. Trudno w niej znaleźć maksymy szlachetniejsze od tych, jakie głosili poganie Sokrates, Marek Aureliusz czy Seneka.

Kościół w stosunku do moralności miał funkcję konserwującą, co zresztą nie jest rolą mało ważną. Można w jego historii znaleźć przykłady konserwowania obyczajów zarówno dobrych, jak i złych, a jaka tym rządziła logika, trudno zgadnąć, nie badając każdorazowych jego interesów. Dziś ta funkcja konserwacyjna religii bardzo osłabła. Pod pewnymi względami Kościół znajduje się w awangardzie przemian (popiera np. taką, bądź co bądź, nowinkę jak zniesienie kary śmierci), ale nadal aroguje sobie, czyli samowolnie przyznaje (stąd ”arogancja”) prawo rozstrzygania niektórych kwestii, mających doniosłe znaczenie dla życia ludzi. Przykładem obecnie, jak sądzę, najważniejszym jest stanowisko w sprawie eutanazji. Śmiertelnie chorzy iw nieopisany sposób cierpiący ludzie są ofiarami moralnie brzmiących deklamacji na temat ”świętości życia”. Kościół, który konformistycznie i wbrew wymowie Biblii akceptuje zniesienie kary śmierci dla morderców, w sprawie eutanazji konserwuje stanowisko sprzeczne z poczuciem godności ludzkiej.

”Siostra Śmierć”, ”morderczyni w czepku” – takimi tytułami gazety opatrywały wiadomość o pielęgniarce, która z litości ułatwiała śmierć nieuleczalnie chorym w podparyskim szpitalu. Ludzie przyzwyczajeni do mylenia słów i rzeczy wydali jęk zgrozy: najświętsza zasada obrony życia za wszelką cenę i w każdych okolicznościach została pogwałcona! Zbrodnia się dokonała! Tak jakby w tym szpitalu chodziło o jakieś życie bez właściwości, życie ”jako takie”, a nie żywych ludzi, udręczonych bólem i bez żadnej nadziei na wyzdrowienie. Dogmatycznym obrońcom życia chodzi w istocie o abstrakcje, a nie ludzi. Jeżeli ktoś, broniąc życia. sprowadza do wspólnego mianownika płód kilkutygodniowy, zatwardziałego mordercę, i człowieka czekającego w męczarniach na śmierć, to myli on słowa i rzeczy, frazesy i realne cierpienie. Przeciwnicy eutanazji mówią; jakiekolwiek ułatwienie czynione nieuleczalnie chorym w tym celu, aby mogli wybrać formę śmierci, naruszyłoby moralną ramę chroniącą wszystkich ludzi. Zakładają, że trzeba zgodzić się na cierpienia jednych, aby dać pozostałym większe poczucie bezpieczeństwa przed możliwymi nadużyciami lekarskimi. Wydaje mi się taki utylitaryzm postawą mało harmonizującą z moralnym patosem „obrony życia”. Zakaz eutanazji jest nie tylko bezlitosną obroną abstrakcyjnego dogmatu. Jest także najzupełniejszym anachronizmem, coraz bardziej rażącym w epoce, w której człowiek stara się z coraz większym powodzeniem kształtować swój społeczny los, ale także swój organizm i metody prokreacji. Profesor Bogusław Wolniewicz pisał („Edukacja filozoficzna”, 1997): ”Narasta pewien dramatyczny kontrast cywilizacyjny: z jednej strony, antybiotyki i antykoncepcja, operacje plastyczne i przeszczepy, lasery i ultrasonografy, tomograf jako cudowne oko i estrogeny jako prawdziwy eliksir kobiecej młodości (…) a z drugiej, śmierć jako zwierzęce zdychanie jak w epoce kamiennej. Taki kontrast między cywilizacją i barbarzyństwem nie może się na dłuższą metę utrzymać i nie utrzyma”. Dlaczego człowiek, mając coraz więcej środków kształtowania swojego życia i korzystając z nich, miałby nie dążyć do zmiany sposobu umierania? Narzucające się instytucjonalne autorytety moralne nie mają w tej kwestii nie do powiedzenia poza komunałami w rodzaju: „Nikt nikomu nie ma prawa odbierać życia, dopóki ono trwa”. Ależ tu nie chodzi o prawo do odbierania życia komuś! Chodzi o prawo człowieka, jak mówi prof. Wolniewicz, do wybrania sobie, a nie komu innemu, ludzkiej, cywilizowanej śmierci.

Przy tej okazji nieunikniona będzie też dyskusja, kto jest autorytetem moralnym, na jakiej podstawie i w jakim zakresie. Trudno szukać pouczenia w instytucji religijnej, która może przypisać sobie zasługę utrwalania obyczajów, ale najczęściej myliła się, gdy chodziło o zrozumienie nowych problemów, zwłaszcza tych postawionych przez rozwój nauki. Religijne usensownienie może odnosić się jedynie do cierpienia przeżywanego w pełni świadomości, co nie zawsze jest udziałem ludzi umierających w wyniku wyniszczającej choroby.

Państwo socjalne jest obarczone obowiązkiem zapewnienia opieki medycznej każdemu mieszkańcowi kraju i czasem spełnia ten obowiązek nawet w przypadku błahych niedomagań, ąle pod wpływem niemiarodajnych automatów uchyla się przed zapewnieniem prawnych możliwości niesienia pomocy w umieraniu cierpiącym najbardziej i bez nadziei. Za sprawą nauki zostaliśmy porwani w wir zmian, których nic nie zatrzyma, ale w jednym punkcie stara moralność i zastarzałe nawyki okopały się i oszańcowały, chcąc dopilnować, aby ”życie” unicestwiało się samo w bezsilnej i niewymownie cierpiącej jednostce. Jak długo możemy nie dostrzegać idiotyzmu zawierającego się w równaniu obrony życia płodu z ”obroną” życia cierpiącego przedśmiertelne męki? Kto nas utrzymuje w takiej ślepocie moralnej? Dyskusje na temat eutanazji wybuchają od czasu do czasu we wszystkich krajach Europy i cichną bez skutków praktycznych – poza Holandią. Przypadki, nad którymi należało dyskutować filozoficznie (jak wspomniana pielęgniarka lub dr Julius Hackenthal z Monachium), były przedstawiane jak wydarzenia kryminalne.

Trzeba, oczywiście, brać pod uwagę obawy ludzi przed zmianą zasad, ale trzeba też sprawdzać i słuszność tych obaw, i wartość tych zasad.

Wydanie: 2000 9/2000

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy