Polityka pożera moralność

Zapiski polityczne
7 listopada 2001 r.

Muszę jeszcze raz powrócić do mego przemówienia inaugurującego nową kadencję Sejmu RP. Dostałem bardzo wiele listów. Kilogramy papieru. Przeczytałem też wszystko, co na ten temat napisała prasa. Otrzymałem sporo telefonów i zostałem wiele razy zatrzymany na ulicy, by o tej sprawie porozmawiać.
Intencją mego wystąpienia było zwrócenie uwagi na moralny aspekt dramatu rodziny Oleksych. Główny akcent był położony na krzywdę, jaką im wyrządzono. Nic z tego nie przebiło się do prasy. Polityka zdominowała sprawę. Dziennikarze nie zrozumieli ani słowa z tego, co było najważniejsze, czyli z mojej chęci naprawienia wyrządzonej tej rodzinie krzywdy. Ktoś powie, że trudno się dziwić, przecież sprawozdawcy polityczni to raczej łowcy sensacji, autorzy niskich lotów, trudno od nich wymagać zrozumienia problematyki moralnej. Niestety, także w licznych listach, które nadeszły, moralny wątek mego wystąpienia był słabo zaznaczony. Lepiej niż w prasie, ale także znikomo. Podobnie w rozmowach bezpośrednich i telefonicznych najważniejszy okazał się wątek czysto polityczny.
Moje słowa oceniano w zależności od wyznawanych poglądów politycznych. Lewicowi ludzie aprobowali je z uznaniem, a nawet z podziwem. Prawicowi w czambuł potępiali. Były też nieliczne śmierdziele – jak taką korespondencję nazywam. Znajomy biskup stawia na brudną ręką pisanych listach dwie literki – a.i. – co znaczy ad ignem, czyli do ognia. Ja, mniej obyty z łaciną, walę zwyczajnie na kopercie słowo „śmierdziel”. Te cuchnidła (słowo stworzone na wzór pachnideł) mają czasami swoistą urodę literacką. Pisane są polszczyzną dosadną, jędrną i – jak się grzecznie mówi – nieparlamentarną, choć w samym parlamencie słyszy się nieraz dosyć brutalne słownictwo, jednak bez wyrazów „ulicznych”.
Z etyką w życiu codziennym jest w ogóle wielki kłopot. Dawne pojęcia i nakazy etyczne były i są nadal mocno zakorzenione w religii. Laicyzacja ogarniająca coraz szersze kręgi społeczeństwa nie daje pojęciom i nakazom etycznym takiego prymatu, jaki dawała im religia pojmowana jako wyraźny drogowskaz dla ludzkich czynów i myśli. Pojęcie grzechu to coś więcej niż laicka naganność moralna jakiegoś czynu. Grzech to obraza Boga, to zapora na drodze do wiecznego zbawienia. Grzech może być także odpuszczony, może pójść w niepamięć za sprawą spowiedzi. Moralnej naganności jakiegoś postępowania trudniej się pozbyć, trudniej uwolnić sumienie od tego ciężaru, jeśli to bywa dla kogoś dokuczliwe. Grzech ciążący na sumieniu zmuszał do zastanawiania się nad postępowaniem każdego człowieka żyjącego wedle wskazań jego wiary. Moralność laicka jest mniej natarczywa. Nie nakazuje ustawicznego rozważania dokonanych czynów, pozwala łatwiej zapomnieć to, co złego się uczyniło. Zapomnieć i samemu rozgrzeszyć się ze zła powstałego za przyczyną sprawcy owego zła. Naruszanie zasad etycznych wyznaczało także bardzo wyraźnie postępowanie wobec nich. W okresie okupacji poznałem dwu bardzo miłych młodych ludzi. Okazało się, że mieszkali dawniej dość blisko nas i właściwie powinniśmy byli dobrze się znać z nimi. O to, dlaczego było inaczej, spytałem kiedyś moją matkę. „To proste – odpowiedziała mi – przecież ich rodzice byli rozwiedzeni. Nie mogliśmy bywać w tamtym domu”. Czy dziś możliwe byłyby takie surowe konsekwencje rozejścia się dwojga ludzi? Wątpię. Rygory zostały rozluźnione.
Ale nie tylko postępy laicyzacji sprawiły, że konieczność zareagowania na czyjąś krzywdę, jak to było w moim przypadku, może powodować potępienie, jakie mnie spotyka od pewnego rodzaju osób. Krzywda bowiem stała się udziałem olbrzymiej części społeczeństwa polskiego, toteż jej pojawienie się napotyka na obojętność. Ciągną się za nami stare krzywdy wojenne, utraty domów rodzinnych, pobyty w syberyjskich tajgach i w obozach koncentracyjnych, a także krzywda pokonanych Niemców, którzy za wywołanie wojny przez Hitlera zapłacili niezmiernie wysoką cenę utraty olbrzymiego kawałka ich państwa. Jeden Jan Józef Lipski miał odwagę ocenić to zjawisko w kategoriach moralnych i nazwać po imieniu krzywdę, jaka spotkała Niemców wysiedlonych z rodzinnych stron. Lipski był socjalistą, odnowicielem Polskiej Partii Socjalistycznej i współtwórcą Unii Pracy. W odwecie za lewicowe przekonania w czasie wyborów do Senatu w roku 1989 księża katoliccy zwalczali jego kandydaturę, cytując od ołtarzy obszerne fragmenty broszury, którą przeciw Janowi Józefowi, działaczowi „Solidarności”, wyprodukowały komunistyczne służby bezpieczeństwa piętnujące jego refleksję etyczną na temat krzywdy wypędzonych Niemców.
Krótko mówiąc – po tym wszystkim, co Polacy przeszli w czasie wojny, za PRL i teraz za sprawą nieudanej transformacji ustrojowej, krzywda pojedynczego człowieka i jego rodziny nie wywołuje prawidłowego odruchu moralnego. Moje wystąpienie przeciw krzywdzie rodziny Oleksych zostało w wielu listach i tekstach prasowych skwitowane wyliczanką różnych krzywd wyrządzonych różnym ludziom. A mnie kto przeprosi za lata Sybiru? Za wygnanie mnie z rodzinnego Podola? Za utratę pracy w wolnej Polsce? Nad wszystkim górował oczywiście aspekt polityczny. Moje wystąpienie było wspaniałe, godne szacunku dla lewicy i zasługiwało na potępienie prawicy. Moralność – czyli etyczny wymiar sprawy – przestała się liczyć. Niewiele wiem o większości ludzi reagujących na moje wystąpienie, ale wśród bliższych znajomych umiem wyraźnie określić, kto jest kim. Otóż im pobożniejszy był atakujący mnie osobiście lub listownie znajomy, tym ostrzej sobie wobec mnie poczynał. Tym bardziej mnie potępiał, kierując się racjami czysto politycznymi.
To smutne, że polityka pożera moralność, ale można ze stoickim spokojem stwierdzić, że tak było zawsze. Wszak dramaturdzy minionych epok nadali temu zjawisku wymiar wielkich tragedii ludzkich. Nasze wojenne pokolenie odczuło to na własnych grzbietach. Ponure zjawisko ma zapewniony trwały byt wśród ludzi.

 

Wydanie: 46/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy