Błoga utrata wiadomości

Błoga utrata wiadomości

Telewizji informacyjnej zaznaję wyłącznie w odwiedzinach: u mamy w mieszkaniu zawsze TVN 24, u siostry było podobnie, dopóki nie zacząłem jej odwiedzać w szpitalu – tam tylko kanały rządowe. Wszystkie sąsiadki z sali starsze i rozmodlone do Prezesa, więc siła złego na jednego, mają zapas monet i łóżka bliżej telewizora, niby umierające, ale zawsze zdążą szybciej wrzucić bilon na kolejne godziny propagandy. Czasem tylko złorzeczą, że słaby wybór, nie ma TV Trwam. Siostra obecnie w fazie remisji, więc kiedy do niej wpadam, każe się wywieźć na papierosa, byle dalej od tej kruchty. Codziennie ksiądz zagląda dopytać o namaszczenie chorych, nie odpuszczając i siostrze, choć dawno już grzecznie wytłumaczyła, że sobie nie życzy jako niewierząca. – Dupę sobie namaść! – usłyszał w końcu za którymś razem, ale jest niezrażony, przychodzi, dopytuje. – K…a, on też chyba działa na monety – mówi siostra, delektując się dymkiem. Kiedyś paliła dwie paczki dziennie, teraz musi się zadowolić jednym papierosem na dzień, nikt już nie czyni nam wyrzutów, pacjentom paliatywnym nie odmawia się drobnych przyjemności. Przenoszą ją z oddziału na oddział, bo choroba ma charakter totalny, przerzutowy, co chwila wysiada coś innego; ale siostra jest ze stali, przetrzymuje kolejne kryzysy wbrew statystykom i przepowiedniom lekarzy. Co najmniej raz już ją żegnaliśmy, w wigilijne przedpołudnie dopadła ją niewydolność serca i obrzęk płuc – potwornie spuchnięta, łapała każdy oddech jak ryba wyrzucona na brzeg, a ordynator mówił, że to może być kwestia godzin. Zabrałem do szpitala dobiegającą dziewięćdziesiątki mamę, która chciała się podzielić świątecznymi życzeniami, no i zamiast połamania opłatka ostatecznie złamała sobie serce na widok umierającej córki.

Święta spędziłem na trzymaniu dłoni – matczynej, w jej domu, żeby się nie rozleciała z rozpaczy, i siostry na szpitalnym łożu boleści, gdzie toczyła nierówną walkę o przetrwanie. Podpięta do plątaniny kroplówek, kabli urządzeń pomiarowych, cewników, kaniuli tlenowej, łapała moją wyciągniętą rękę, żeby się podnieść i usiąść, bo w tej pozycji dusiło ją mniej. Nie napiszę przecież, że łatwiej jej się w ten sposób oddychało: oddychanie jest czynnością mimowolną, automatyczną, kiedy zaś człowiek jest skupiony na każdym wdechu i musi zdobywać kolejne godziny życia niczym himalaista bez butli na ośmiu tysiącach, to raczej przepychanka ze śmiercią, niż „oddychanie”. Bała się położyć i zasnąć, bo czuła, że może się nie obudzić, ale nie miała już siły, widziałem w jej oczach angor animi. Spoglądać w oczy śmierci nie jest łatwiej tylko dlatego, że to śmierć cudza.

Wracałem do mieszkania mamy, która prosiła, „żebyśmy mimo wszystko pośpiewali kolędy” i spełniałem jej życzenie, choć mózg mi pękał, bo nawet kiedy w końcu zasypiała, to ja przejmowałem stan czuwania przy telefonie. Każdy dzwonek mógł oznaczać ostateczność, dlatego odbierałem dopiero za drugim razem, z nadzieją, że ten, kto dzwoni z życzeniami zdrowych i spokojnych świąt, zniechęci się po kilku chwilach, tylko w kwestii śmierci dzwonić będą aż do skutku. Miałem jakieś książki na bezsenne noce, na prozie nie dawałem rady się skupić, sięgnąłem więc po najcieńszy z dostępnych tomików wierszy, znalazłem na chybił trafił jeden z krótszych utworów i… zacząłem się bać choroby psychicznej, bo kiedy człowiek przestaje wierzyć w przypadki, kieruje nim religia albo paranoja. To był „Drugi oddech” Louise Gluck, wiersz skądinąd wybitny, który zacytuję niniejszym w całości, w przekładzie Krystyny Dąbrowskiej: „Myślę, że łapię właśnie drugi oddech, / powiedziała siostra. Bardzo / podobny do pierwszego, ale tamten / jak pamiętam, się wyczerpał. O, / co to był za oddech, tak potężny, / że liście spadły z drzew. / Nie wydaje mi się, powiedziałam. Ale były / na ziemi, siostra na to. Pamiętasz, / jak biegałyśmy po parku w Cedarhurst, / skacząc na kopce liści, niszcząc je? / Nigdy nie skakałyście, powiedziała matka. / Byłyście grzeczne, siedziałyście, gdzie wam przykazałam. / Nie w naszych głowach, / powiedziała siostra. Otoczyłam / ją ramionami. Jaka / dzielna siostrzyczka, / powiedziałam”.

A jednak, siostra już nie musi łapać oddechów, jest twardsza niż beton partyjny, zakłada śmieszną wełnianą myckę i wpełza na wózek, żeby wyjechać przed budynek na fajkę, wywinęła się śmierci i jeszcze nam nawywija wbrew rozsiewom i przerzutom, wobec których lekarze tylko kręcąc głową z niedowierzaniem, dopytują podczas obchodów: „Naprawdę dobrze się pani czuje?”. „Tak, panie doktorze, dzisiaj wyjątkowo dobrze, bo tym paniom na sali wreszcie zabrakło monet”.

Wydanie: 3/2023

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy