Polska specyfika

Polska specyfika

Bez uprzedzeń

Jak wziąć w obronę Włodzimierza Cimoszewicza przed szarańczą, która co jakiś czas spada na niego i bezmyślnie, jak to szarańcza, wypomina mu rzekomą nieczułość wobec powodzian? Cimoszewicz przypominał o potrzebie ubezpieczenia się przed skutkami klęsk żywiołowych w momencie, gdy było to jak najbardziej na miejscu, bo rozmiary powodzi nie były jeszcze wielkie. Ale o ubezpieczeniu się trzeba zawsze pamiętać, bo rząd nie ma takiej kasy, która wystarczyłaby na zrekompensowanie szkód wyrządzonych ludziom przez wielkie klęski żywiołowe. Do tępej szarańczy dołączył dobrowolnie Władysław Frasyniuk, który pisze w „Gazecie Wyborczej”, że Włodzimierz Cimoszewicz „urzędowanie zaczął od ataku na Jana Nowaka-Jeziorańskiego”. Wszystkich nas powinna niepokoić ekspansja samowoli polityków w posługiwaniu się językiem. Politycy, którzy nie liczą się ze znaczeniem słów, reprezentują w państwie i społeczeństwie obywatelskim zło nie mniejsze niż inne formy korupcji. Jaka pewność, że nie przyjmując do wiadomości zasad języka, pojmują inne zasady? Tacy ludzie powinni być niedopuszczani do udziału w pracach ustawodawczych. Co znaczy słowo „atak” w języku Władysława Frasyniuka? Jan Nowak-Jeziorański powiedział, że Cimoszewicz nie powinien być ministrem spraw zagranicznych. Z pewną przesadą można by to nazwać atakiem. Jeśli zaczepiony odpowiada, że J. Nowak może sobie mianować ministrem, kogo zechce, jeśli wygra wybory, to nie jest żaden „atak”, lecz naturalny gest samoobrony. (Potrzebny albo niepotrzebny – to inna kwestia). Tamta utarczka słowna nie ma już żadnego znaczenia, ale mijanie się z prawdą przez czynnego polityka ma znaczenie i nie małe. Polityków wywodzących się z „Solidarności” charakteryzuje wybujały subiektywizm, skutkiem którego jest ich rozwiązłość językowa („nikczemny prokurator”, „pucz”, „zamach stanu” czy właśnie wspomniany „atak”). Lepper ich tylko naśladuje. Nie wykluczam, że przykład językowej rozwiązłości może być brany z pewnego radiowego mnicha, a także nie mieszczącego się w granicach prawdopodobieństwa arcybiskupa Życińskiego.
Na początku transformacji ustrojowej głosiłem pogląd, że wobec słabości państwa udział Kościoła w życiu publicznym jest pożądany. W pewnym zakresie uznawałem za użyteczne jego aspiracje do udziału we władzy. Od tamtego czasu minęło dziesięć lat i dziś państwo już podpórek kościelnych nie potrzebuje. Rządzący są jednak innego zdania i niezależnie od tego, czy rząd mamy prawicowy czy lewicowy, bez zgody biskupów nic nie ma prawa się dziać. Premier złożył hołd papieżowi, zgoda, kochamy papieża Wojtyłę. Zaledwie wrócił z Watykanu, już musiał z prymasem omawiać sprawy państwowe (bo chyba nie kościelne). Potem miał wolne, wobec tego prezydent musiał coś uzgadniać z prymasem. Zamiast dążyć do wyraźnego rozgraniczenia domen państwowej i kościelnej, lewicowy rząd pracowicie wciąga biskupów do rządzenia krajem. Bardzo mu zależy na poparciu Kościoła dla starań o wejście do Unii Europejskiej, a zwłaszcza na przekonywaniu wiernych, aby w referendum głosowali za Unią. Nie wiem, skąd rząd lewicowy czerpie pewność, że w tym referendum obywatele pójdą za wezwaniem Kościoła, skoro nie okazali takiej gotowości w żadnych wyborach. Premier Leszek Miller oświadczył, że jeśli większość opowie się przeciw wejściu do Unii, to rząd poda się do dymisji. Będzie to więc głosowanie za rządem lub przeciw rządowi. Referendum miałoby taki charakter, nawet gdyby premier nie zapowiedział dymisji w razie porażki. Z góry wiadomo, że mając okazję obalić rząd Millera, nie tylko Liga Rodzin, ale także inne partie posolidarnościowe, PO, PiS, zechcą z niej skorzystać. Ale partie nie są takie wpływowe, jak im się wydaje. Niezależnie od tego, co jest przedmiotem głosowania, ludzie we wszystkich krajach głosują przeciw tym, których nie lubią, może to być rząd, ale może to być Kościół. W artykule wstępnym miesięcznika „Dziś” autor przypomina, że w pamiętnym referendum 1946 r. („3 razy tak”) większość mieszkańców Wrocławia głosowała przeciw granicy na Odrze i Nysie. Nie dlatego, że chcieli się przyłączyć do radzieckiej strefy okupacyjnej, lecz wskutek niechęci do tak zwanej władzy ludowej. Poparcie Kościoła dla głosowania za Unią nic nie da, bo jednych do tego zachęci, a drugich zniechęci i bilans wyjdzie na zero. Rząd myli się, przyjmując za swój absolutny priorytet wprowadzenie Polski do Unii. Za główny cel trzeba uznać to, co przynosi rządowi uznanie w społeczeństwie, co będzie widocznym dowodem poprawy sytuacji w kraju. Dopiero taki rząd, który odniesie sukces w sprawach krajowych, będzie mógł liczyć na poparcie w referendum. Polacy nie są głupi i wiedzą, że przystąpienie do Unii Europejskiej jest słuszne, korzystne, obiecujące i jestem przekonany, że większość opowiedziałaby się za Europą, lecz pod tym tylko – twierdzę – warunkiem, że na czas referendum zarówno rząd, jak Kościół zniknęłyby z pola widzenia. Ponieważ tego nie da się przeprowadzić, mogą oni zagłosować tak jak mieszkańcy Wrocławia w 1946 roku. (I nie tylko Wrocławia zresztą).
Różni medialni doradcy powiadają tak: żeby zapewnić sobie zwycięstwo w referendum, rządząca koalicja powinna zawrzeć kompromis z opozycją, wówczas ta ostatnia przestanie zagrażać pozytywnemu wynikowi referendum. To mi się jednak wydaje niemożliwe. Kompromis można zawrzeć z kimś, kto ma pozytywny jakiś program. Obecna opozycja takiego programu nie ma i nie stara się mieć. Na czym więc miałby polegać kompromis? Na jej czele stoją różni krotochwilni spryciarze, którym do szczęścia w zupełności wystarcza to, co teraz mają. Są pewni, że wykrzykując bez żadnego myślowego wysiłku swoje antypeerelowskie, antyeseldowskie, a zwłaszcza antystanowojenne głodne kawałki, doczekają referendum, po którym od razu lub nieco później przejmą rządowe posady. Ostatnio dają się tam zauważyć rachuby na to, że tak jak prezydent Wałęsa potrzebował w jakimś celu lewej nogi, która trochę dzięki niemu mocno stanęła na nogach, tak może prezydent Aleksander Kwaśniewski poda rękę prawej nodze. Pogłoski takie obiły mi się o uszy, ale ja w nie nie wierzę. Istotę postawy obecnej opozycji najtrafniej wyraził Henryk Sawka, rysownik tygodnika „Wprost”. Jeden „dymek” mówi: „jako opozycja szczerze zatroskana o losy kraju absolutnie nie chcemy, żeby rząd doprowadził do tego, co w Argentynie”. Drugi dodaje: „ale mamy cichą nadzieję”.
Każdy proeuropejski głos wychodzący od biskupów lewica wita jako przejaw chwalebnej „otwartości” i zapowiedź zwycięstwa słusznej sprawy. Nie chce mi się powtarzać dwa razy tego samego, w książce „Szkice antyspołeczne” pisałem, że Kościół jest bardziej międzynarodowy niż internacjonalna socjaldemokracja. I chyba dokładniej pojmuje skutki integracji z Unią. Jeżeli państwo narodowe, tak jak się zakłada, osłabnie, to polityczna rola Kościoła jeszcze się zwiększy. Polska specyfika. Dla uspokojenia czytelników dodam, że moje poglądy na temat roli Kościoła nieraz bywały błędne.

 

Wydanie: 2/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy