Niedobór determinacji we krwi

Niedobór determinacji we krwi

Bezkrwawa, choć bezpardonowa, pozornie bezprzemocowa, choć niszczycielska rewolucja Jarosława Kaczyńskiego prze wartko ku sobie znanemu – lub nie – horyzontowi. Z rzadka, jeśli w ogóle, napotyka spowalniające ją przeszkody, siły, formacje, o pomysłach nie wspominając. W czasach, kiedy polityka się wyczerpała, ma fatalną prasę i jeszcze gorszą oglądalność, z zadziwieniem oglądamy, jak szeroko idzie ta zmiana, jak przeoruje dotychczasowe instytucje, miażdży nawyki, demontuje przyzwyczajenia, przedefiniowuje „oczywiste oczywistości”, biel nazywa czernią, a czerń wybiela. Tego nie sprawia wola i samozaparcie jednego człowieka, to walczy karna, pozbawiona wahań armia ludzi. Często zaproszonych do współrządzenia, współkorzystania, współobławiania się po wcześniejszych wpłatach na rzecz partii, jej komitetów wyborczych.

Ale za gotowością przedefiniowania ustroju Polski stoją też miliony ludzi z niespełnionymi aspiracjami, z nadziejami rozbudzonymi niespełnialnymi obietnicami. Wszyscy oni, obok tych, którzy realnie odczuli obecność i rolę państwa w jego konstytucyjnym zobowiązaniu do opiekuńczości, kiedy przychodzi na czas przelew z 500+ – są wielką siłą. Dlatego mimo pozorów trudno nazwać operację „dobra zmiana” li tylko rewoltą biurokratyczno-instytucjonalną. Ma ona również właśnie taki olbrzymi wymiar. PiS ma wszędobylskie kadry, które poznały schemat działania instytucji i dzięki temu potrafiły sprawnie, szybko i skutecznie je rozebrać, sparaliżować, przebudować. Od samego parlamentu, gdzie obrady nie znaczą już obrad, głosowania – głosowań, a tryb pracy regulaminowej został przestawiony na ponadregulaminowy. Podobnie z Trybunałem Konstytucyjnym, z sądami (choć tu zaczynają się pojawiać mocne ogniska oporu – chociażby reakcje sędziów krakowskich i warszawskich na narzucone im nowe władze i sposób zmian).

Teoretycznie biorąc, można sobie mamrotać mantrę, że żaden ustrój, rząd, formacja nie trwają wiecznie, więc kiedyś odejdą. Przeważnie jednak ten proces nie przypomina powstawania bursztynu z zakrzepłej żywicy, co trwa jednakowoż tysiące lat. Zmiany w polityce wymagają zaangażowania, pełnego zaangażowania, fundamentalnego zaangażowania aktorów prących do zmiany. I jak nie da się zaprzeczyć takiej determinacji obecnej formacji rządzącej w dążeniu do przejęcia władzy (przez wykorzystanie wszystkich kanałów wpływu, nacisku, perswazji), co dało jej zwycięstwo (marne, ale zarazem przepotężne jedynowładztwem) – tak z lupą i marnymi efektami można wypatrywać śladów podobnego „ognia” wśród opozycji. Ta determinacja zapewne nie powinna mieć jednego imienia, ale warto pamiętać, że polityka jest współcześnie bardziej profesją niż wizją i misją. Do skutecznego wykonywania tego zawodu potrzebne są pieniądze, ale te akurat partie mają. I co? I marnie.

Maciej Gdula, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego i członek zespołu „Krytyki Politycznej”, przeprowadził ze współpracownikami badania jakościowe wśród mieszkańców mazowieckiego miasteczka, gdzie PiS uzyskało w ostatnich wyborach parlamentarnych ponad 50% głosów. Można by więc teraz oczekiwać pomysłów i projektów politycznych próbujących wykorzystać te wyniki do stworzenia skutecznych instrumentów konfrontacji z PiS. Trudno jednak odnieść wrażenie, że tak się dzieje. Z drugiej strony nawet nie podzielając diagnoz i wniosków Gduli o powstaniu „nowego autorytaryzmu”, dobrze byłoby albo podjąć rzeczową polemikę, albo zaproponować inne formy badań i konstatacji. I wykuwać z nich pomysł dla tych, którzy są dzisiaj osamotnionymi sierotami po polskiej polityce i nie widzą przyszłości w żadnej ofercie politycznej. Gdula proponuje zresztą mocne starcie polityczne na kilku płaszczyznach, gdzie PiS (a może mocniej – dzisiejsza polityczna Polska?) jest bardzo silne i, wydawałoby się, niezwyciężalne. Te cztery obszary to w największym skrócie i hasłowo tylko: uchodźcy, gender, Unia Europejska i pluralizm. Rozwinięcie argumentacji, dlaczego akurat takie powinny być pola walki, jest w książce „Nowy autorytaryzm” Gduli. Jest punkt wyjścia jeśli jeszcze nie do budowania mocnej lewicowej alternatywy dla Kaczyńskiego, to do poważnej dyskusji. Maciej Gdula przy użyciu akademickich narzędzi wykonał porządną robotę. Zbadał, opisał, zinterpretował – zaproponował kierunki reakcji. Wielka byłaby szkoda, gdyby praca jego i zespołu miała się zakończyć fantomowym wspomnieniem, że „PiS to nie margines i przekupieni wykluczeni łasi na 500+”, że wzrost aspiracji klasy średniej stoi bardzo mocno za tym wyborem politycznym, który nie był wypadkiem przy pracy, lecz nieuchronną konsekwencją polityki co najmniej kilkunastu ostatnich lat.

Czas na determinację w określeniu zrębów nowej, sprawiedliwej i etycznej Polski, wedle innych zasad, niż zaproponowało to PiS wielkim kosztem społecznym uruchomienia przemysłu strachu i pogardy. Czas zmierzyć się z obłaskawianym i hołubionym również przez tę pozornie prospołeczną formację zaściankowym, feudalnym polskim kapitalizmem i nienaruszalnymi przywilejami najmocniejszych (najzamożniejszych). Piszę to w kolejną rocznicę politycznego mordu na Jolancie Brzeskiej, działaczce lokatorskiej, której mordercy wciąż są na wolności, a problem ustawy reprywatyzacyjnej znowu okazuje się nierozwiązywalny dla polskiego państwa. Piszę to kilka dni po tym, jak młody słowacki dziennikarz i jego partnerka zostali zastrzeleni, gdyż teksty Jana Kuciaka odsłaniały ciemne interesy potężnego biznesu i polityki. Bez pełnej determinacji – będzie to tak trwać.

Wydanie: 10/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy