I co mi zrobisz?

Bywają zdarzenia, w których jak w kropli wody przegląda się ocean. Takim zdarzeniem jest drugorzędna w istocie sprawa Piotra Farfała, który przez Ligę Polskich Rodzin delegowany został na wiceprezesa telewizji publicznej. Aliści okazało się, że ten Farfał redagował jako nieletnie pacholę faszystowskie pisemko „Front”, w którym publikował paskudnie antysemickie artykuły. Farfał tłumaczy, że „odciął się od neofaszyzmu”, nie rozpoznaje się na fotografii skinów pozdrawiających się gestem „Heil Hitler”, a nazwisko swoje „pożyczał” tylko komuś do podpisywania artykułów, jakby ten ktoś nie mógł sobie wymyślić dowolnego pseudonimu. Wszystko to zaś razem jest błędem Farfałowej młodości, ponieważ miał wtedy 16-18 lat, chociaż taki był już sprytny.
Otóż warto zauważyć, że nie tylko w III RP, ale w całej historii Polski po 1945 r. nie było wypadku, aby na spokojnie rozważano kwestię, czy ktoś, kto był neofaszystą, choćby od tego się „odciął”, powinien czy też nie powinien piastować ważnego urzędu publicznego. Nie znaczy to bynajmniej, aby nie było antysemityzmu, który także w partyjnym kostiumie wręcz eksplodował w roku 1968. Szukano jednak zawsze jakichś osłonek, chociażby nazywając antysemityzm „antysyjonizmem”, a Bolesław Piasecki, postać znacznie ciekawsza od Farfała, nigdy nie piastował funkcji rządowej z racji swoich „błędów młodości” w ONR. W III RP natomiast Unia Wolności cofnęła rekomendację na ministra kultury znanej obecnie posłance PO, gdy wyszło na jaw, że publikowała w Łodzi „marcowe”, „antysyjonistyczne” artykuły.
I tak dalej. Po prostu faszyzm i antysemityzm, mimo że istniejące, były czymś wstydliwym, kompromitującym, trzymanym pod przykrywką.
Dzisiaj nie są. Do tego stopnia, że przy całej awanturze z Farfałem nikt nie zapytał nawet, czy nadal wychodzi pisemko „Front”. Jest to kolosalna zmiana obyczaju politycznego, która dokonała się w ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy. Stopniowo przestajemy zauważać, że żyjemy już w innym państwie, o innych normach, obyczajach i zasadach.
Trwa więc np. młodzieżowy sprzeciw wobec Romana Giertycha jako wicepremiera i ministra oświaty, sam zaś Giertych raz udaje baranka, raz znów wyplata androny, że bitwa pod Kircholmem była jedną z najważniejszych bitew w dziejach świata. Ale nikt nie zwraca uwagi na to, że za Giertychem wkraczają przecież na scenę publiczną i zostają na niej pan Wierzejski, o którym prasa pisze otwarcie, że musi mieć jakieś nieporządki psychiczne, różne Farfały albo ów minister żeglugi, niedawny zadymiarz, który opowiada mediom, że nic nie robi, ponieważ nie dostał jeszcze pod zarząd żadnego statku.
Trwa walka polityczna pomiędzy prawicowymi partiami, PiS i PO, ale nigdy dotąd partyjnych walk politycznych nie prowadzili wyłącznie prokuratorzy. Dziś zaś partie te nie mówią nic o swoich programach czy różnicach ideowych, lecz o tym, kto co ukradł, żeby zaś było śmieszniej, obie oskarżają się o to, że ukradły to samo, mianowicie pieniądze na billboardy wyborcze. Jest to już uznana zasada polityczna i nie ma obecnie gry wyborczej, która nie zaczynałaby się od doniesienia do prokuratury, które jest właściwym otwarciem sporów ideowych.
Niezbyt nowym, lecz masowym za to i drażniącym zwyczajem politycznym jest też obecnie mówienie nieprawdy z pokerową twarzą i w żywe oczy. Mistrzem tego jest oczywiście pan premier, który po rezolucji Parlamentu Europejskiego w sprawie polskiej homofobii, nietolerancji i antysemityzmu powiedział z niewinnym spojrzeniem, że nigdy nie słyszał nawet o czymś podobnym.
Mówienie jednak nieprawdy w żywe oczy nie jest w obecnych obyczajach zwykłym kłamstwem, lecz świadomą demonstracją siły. Ludziom wywracają się flaki z oburzenia, tymczasem kłamiący pyta wzrokiem: no i co mi zrobisz?
I po jakimś czasie rzeczywiście okazuje się, że nic. Bardzo dobre wyniki w tej grze osiąga poseł Gosiewski, ale i inni nie są gorsi. Niedawno np. w „Prosto w oczy” Moniki Olejnik trzech panów dyskutowało o podziale łupów w mediach publicznych, lecz kiedy poseł Filipek z Samoobrony prostodusznie powtórzył za swoim szefem, że posady trzeba rozdawać wszystkim partiom tworzącym rząd, obaj jego rozmówcy, ten z PiS i ten z LPR, spojrzeli na niego bezbłędnie zdumionym wzrokiem, przypominając z godnością, że chodzi przecież o bezpartyjną, pozarządową i obiektywną telewizję publiczną.
I co im zrobisz?
Tomasz Wołek, który ongiś jako redaktor „Życia” uchodził za prawicową ekstremę, ale na obecnym tle jest po prostu dostojnym konserwatystą, napisał w „Gazecie Wyborczej” artykuł „Kto stoi za Jarosławem Kaczyńskim?”, w którym dochodzi do wniosku, że za Kaczyńskim stoi po prostu on sam, a także kilka metod, które podpatrzył w PRL – centralne sterowanie, partyjna podległość mediów, mentorski stosunek do społeczeństwa. Ale najważniejszym spostrzeżeniem Wołka jest to, że Kaczyński zrozumiał, iż w Polsce niewiele może zwojować partia inteligencka, trzymająca się niepisanych zasad przyzwoitości, respektująca przepisy prawa i wyrażająca opinię oświeconych elit. Trzeba natomiast być krzepkim, ludowym, przaśnym i ojcowskim, to znaczy z pasem w ręku.
Zrozumiała to już dawno prawica amerykańska, o czym obszernie pisze w świetnym polskim „Le Monde Diplomatique” Serge Halimi, przytaczając m.in. anegdotę, że kiedy prawicowy gubernator George Wallace pochwalił się wyborcom, że „wszystko, co je, polewa ketchupem”, a kulturalna elita zaczęła drwić z tego barbarzyństwa kulinarnego, wyborcy oczywiście stanęli po stronie Wallace’a jako „swojego chłopa”. Przykładem tej prawidłowości jest u nas degrengolada wyborcza Unii Wolności i jej dalszych wcieleń, jest też nieudana kampania elit, aby zatrzymać Leppera jako „chama”. Do podobnej postawy, nawiasem mówiąc, namawia obecnie SLD „komisja likwidacyjna” tej partii – jak pisze o tym w „Trybunie” Krzysztof Pilawski – której mentor, pan Sierakowski, stara się skłonić kierownictwo partii, aby nastawiło się na „lepszy materiał ludzki” niż ten, który ją jeszcze popiera.
Kaczyński postanowił nie popełniać tego błędu. Ze swoją pogardą dla „łże-elit”, lekceważeniem demokratycznych procedur prawnych, których broni Trybunał Konstytucyjny, arogancją wobec autorytetów, takich jak Tadeusz Mazowiecki, którego nie zaproszono do Pałacu Prezydenckiego na rocznicę założonego przez niego „Tygodnika Solidarność”, wreszcie ze swoim „i co mi zrobisz?” wódz PiS jest przekonany, że podoba się to polskiej większości wyborczej – bogobojnej, niezbyt wykształconej, małomiasteczkowej i narodowej do granic, obejmujących także Farfała.
Być może się nie myli. Być może jednak popełnia fatalny błąd w ocenie polskich nastrojów społecznych. Czas to pokaże.
Tylko ile jeszcze mamy tego czasu?

Wydanie: 26/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy