Marzec w Pekinie

„Rzeczpospolita” oburzyła się wielce, że do Chin wybiera się delegacja SLD pod wicemarszałka Olejniczaka przewodem. Zdemaskowała, a w ślad za nią inne media też, ukryte komunistyczne korzenie nowego SLD. Ciągnie komuch do komucha, słyszałem te życzliwe szepty. Ciekawe, że te same media roztkliwiły się, kiedy minister kultury i dziedzictwa Ujazdowski pielgrzymował po Chinach. Ale on miał alibi – zabiegał o poparcie Chin dla starającego się o lokalizację EXPO miasta Wrocławia.
O tym, że do Chin trzeba latać, każdy w cywilizowanym świecie już wie. Nie ma dnia, żeby w Pekinie nie lądował jakiś premier. Poza reprezentantami najwyższych polskich władz. Polscy premierzy nie mogą do Pekinu od lat dolecieć. Podobnie jest z prezydentami, marszałkami parlamentu. Obecny marszałek, Marek Jurek, wysłał nawet zaproszenie do swego pekińskiego odpowiednika, ale w międzyczasie patronował imprezom podważającym integralność chińskiego terytorium. Zatem chiński marszałek za panowania dynastii Jurek pewnie do Polski nie przyleci. Przyleciał za to do Polski aktualny ambasador RP w Chinach. Na „konsultacje”, bo został wymieniony w raporcie Macierewicza. Przed rozpoczęciem jego misji mieliśmy w Pekinie ponad pół roku wakujące stanowisko. Strona chińska zasugerowała, iż pragnie osoby z górnej półki, wcześniej pracującej w randze przynajmniej wiceministra. Takich nie było za rządu Belki. Jedni woleli łatwiejsze zajęcia, drudzy bali się „komunistycznych” Chin jak diabeł święconej wody. Kiedy Krzysztof Szumski zgodził się, wszyscy odetchnęli. Zawodowy dyplomata, specjalista od Azji, bardzo dobry dyrektor Biura Stosunków Międzynarodowych w Sejmie. Jeśli nie wróci z konsultacji, to 3 marca znowu Polacy wyjdą na niesolidnych, nieprzewidywalnych partnerów. Wtedy bowiem zaplanowano odsłonięcie pomnika Chopina w Szanghaju.
Chopin jest teraz najlepszą naszą marką. Potem Curie-Skłodowska, potem długo nic i wreszcie Wyborowa.
Pomnik to dzieło Lu Pin, wychowanki warszawskiej akademii plastycznej. Powstanie w najpopularniejszym szanghajskim parku. Obok niego będzie też pawilon poświęcony naszemu kompozytorowi i jeszcze mały amfiteatr. Zapowiada się wielkie wydarzenie, a ambasadora RP może nie być. Szkoda, bo miał wielki wkład w jego powstanie. Szkoda, bo pomnik powstał ze społecznej inicjatywy Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Chińskiej, a ufundowali go przede wszystkim prywatni przedsiębiorcy. Robiący interesy w Chinach. Doskonale orientujący się, jak ważna jest w biznesie promocja kultury.
Chiny o tym nie zapominają. Na prestiżowym berlińskim festiwalu filmowym Złotego Niedźwiedzia dostał Wang Quan za film „Małżeństwo Tuyi”. Wcześniej triumfowali reżyserzy z „kontynentu” i Hongkongu: Zhang Yimou, Chen Kaige czy Wong Kar-Wai. Europa zachwyca się obecnie filmami „szóstej generacji”: Lou Ye, Yia Zhangke, Dai Sijie, Zhana Yuana, Wanga Xiaoshuai. Bo nowatorskie formalnie, drapieżne społecznie, no i chińskie. Nie amerykańskie, jakich się w intelektualnej Europie nie lubi. Jeden z nich, „Wałkonie”, dzieje się w prowincji Shanxi, gdzie delegacja SLD będzie. Prowincji górniczej, pełnej węgla i dzikiego kapitalizmu. Nowoczesności i katastrof ekologicznych. W sam raz dla nowoczesnych socjaldemokratów. Ale o tym szkoda gadać z polskimi mediami, bo one znaczenia Chin nadal nie chcą zrozumieć.

PS Zapraszam do czytania i komentowania mojego bloga w portalu internetowym Wirtualna Polska.

 

Wydanie: 9/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy