Wypadek przy pracy

Można to nazwać wypadkiem przy pracy. Po prostu „Newsweek”, specjalizujący się ostatnio w tego typu działalności, zakapował jako współpracownika SB nie tego, kogo trzeba.
Chodzi tu oczywiście nie o Ryszarda Kapuścińskiego, którego wybór jako kolejnego przedstawiciela umoczonych w PRL łże-elit, obok Kuronia, Drawicza, Szczypiorskiego, Miodka i kilku tuzinów innych, był całkowicie słuszny, lecz o prof. Władysława Mąciora z UJ, o którego cnotę upomniał się sam minister Zbigniew Ziobro.
Nie ma się czemu dziwić, ponieważ prof. Mącior, jak się uważa, jest jednym z głównych autorów ustaw, za pomocą których minister Ziobro reformuje obecnie polski system prawny. Nie można nawet wykluczyć, że maczał on palce w przepisach lustracyjnych, których właśnie sam pada ofiarą, będąc nie tajnym współpracownikiem, lecz jednym z 30 rodzajów szczegółowo wymienionych przy lustracji „osobowych źródeł informacji”.
Jest to zdarzenie humorystyczne, nie warto by o nim pisać, gdyby nie to, że w ten sposób zamieszanie lustracyjne weszło już w stadium parodii. Są ludzie, którzy krytykując zdezawuowaną przez Trybunał Konstytucyjny ustawę lustracyjną, zapewniają jednocześnie, że lustracja jako zasada jest rzeczą słuszną, należy ją tylko zmodyfikować i ulepszyć. Sprawa prof. Mąciora pokazuje, że jest to złudzenie, nie chodzi tu bowiem o literę takich lub innych przepisów, lecz o ducha lustracji.
Po pierwsze więc obecny wypadek przy pracy dowodzi, że lustracja jest działalnością selektywną, sterowaną politycznie i wycelowaną w konkretnych ludzi i konkretne środowiska, z pominięciem innych, milszych obecnej władzy. „Ja decyduję, kto jest Żydem”, mówił swego czasu Göring, podobnie też decyzja, kto był agentem, jest decyzją arbitralną, która nie ma żadnego związku z jakimikolwiek regułami czy przepisami, nie mówiąc o dowodach, lecz zależy od obecnych potrzeb władzy politycznej. Agentem może być profesor czy nawet rektor wyższej uczelni krytyczny wobec władzy PiS, nie może zaś być nim naukowiec lojalnie współpracujący z ministrem sprawiedliwości i zamiarami władzy.
Dotyczy to oczywiście nie tylko naukowców.
Wiadomo na przykład, że korespondent zagraniczny, podróżujący po całym świecie, musiał mieć na to zgodę władz paszportowych, co było decyzją polityczną (wiem o tym nieźle, będąc przez 12 lat pozbawionym prawa do paszportu). Ale owa zgoda polityczna i policyjna nie dotyczyła przecież tylko Kapuścińskiego, lecz także innych naszych globtroterów, wśród których są i obecni entuzjaści IV RP. Tyle że Kapuściński był też człowiekiem lewicy, rozsądnym, obiektywnym, którego wizja świata, wyłożona choćby w „Lapidarium”, nie bardzo pokrywa się z wizją PiS, a także „Newsweeka” made in Poland.
Ludzie opowiadający się za częściową, zmodyfikowaną, ograniczoną lustracją chcą po prostu, aby nie dotyczyła ona „naszych”, tylko „obcych”, kimkolwiek by oni byli. Jest to po ludzku zrozumiałe, ale prawnie niewykonalne.
Jest także w tym wypadku przy pracy pewien drobny akcencik, niezbyt moim zdaniem sympatyczny. Otóż, jak czytam, do oskarżenia prof. Mąciora jako tajnego informatora (czy jak to się tam nazywa według przepisów lustracyjnych) przyczyniły się także opinie jego kolegów uniwersyteckich, wielce szanowanych profesorów, m.in. – według „Gazety Wyborczej” (23.05.br.) – Zolla i Ćwiąkalskiego. Nazwiska te działają na min. Ziobrę jak płachta na byka, uczucia te podziela sam prof. Mącior, nie w tym rzecz jednak, lecz w tym, że według ich opinii, prof. Mącior miał m.in. „świetne stosunki z działaczami PZPR na uczelni”.
I tu jesteśmy już niestety w następnym kręgu lustracyjnej paranoi. Polega ona na tym, że coraz częściej widzimy inteligentnych, wybitnych i godnych szacunku ludzi, którzy dali sobie już narzucić chory sposób widzenia rzeczywistości, lansowany przez obecną władzę, zgodnie z którym „świetne stosunki z działaczami PZPR”, zapewne także naukowcami lub studentami, równają się oskarżeniu lub co najmniej podejrzeniu o przestępstwo. Wygląda wręcz, jakby owi działacze PZPR byli jakimś odpowiednikiem tego, czym w czasie okupacji, za mojej pamięci, byli folksdojcze albo członkowie SA czy gestapo. I jest to kolejny krok ku kompletnemu już ogłupieniu zarówno samych siebie, jak i młodszej zwłaszcza części społeczeństwa.
Jeśli bowiem całe obecne zamieszanie lustracyjne może mieć jakiś sens – a ludowe porzekadło mówi, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – to mógłby on polegać na tym, że babrząc się w kolejnych aferach lustracyjnych, nie tylko nasz rząd i jego IPN, ale również całe społeczeństwo powinny jednak otrzeć się choćby o realia minionego półwiecza, o jakiś skrawek prawdy, bez której ocena nawet najbardziej dętych afer lustracyjnych jest po prostu niemożliwa.
Owa prawda też pomalutku zaczyna jednak przeświecać zarówno z niektórych gestów społecznych, jak i niektórych tekstów drukowanych. Gestem takim było niedawne spotkanie na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie jeszcze raz, przy aplauzie sali, prezydenci Wałęsa i Kwaśniewski podali sobie ręce, co przypomniało klimat Okrągłego Stołu, prawdziwego fundamentu polskiej transformacji ustrojowej. Wałęsa też powiedział zdanie naprawdę ważne, że IV RP i jej „bliźniacy” są także „naszym dziełem”. „Naszym”, to znaczy tej części polskiej demokracji, zarówno opozycyjnej, jak i postkomunistycznej, której wydawało się, że można bezkarnie amputować z historii Polski pół wieku, zmistyfikować jego rzeczywisty charakter, zignorować go razem z jego doświadczeniami, dorobkiem, stosunkami społecznymi i klimatem obyczajowym, a nowy organizm państwowy i społeczny wyjdzie z tego żywy.
Owszem, wyjdzie, ale w nie lepszym stanie niż człowiek, któremu amputowano płuco lub żołądek. Jako kaleka.
Opisał to niedawno przekonująco prof. Andrzej Walicki („Gazeta Wyborcza”, 19-20.05.br.) w laudacji poświęconej profesorowi Bronisławowi Łagowskiemu, który jest, jak pisze, „doskonale znany czytelnikom lewicowego „Przeglądu”, ale niezauważany na ogół na łamach „Gazety””. A nie zauważa się go właśnie dlatego, że Bronisław Łagowski należy do tych myślicieli, którzy nie tylko nie uważają amputacji historii za trafną drogę do państwa demokratycznego, ale w dodatku widzą dokładnie patologie, których źródłem jest ta metoda. Ulega im nie tylko liberalna prawica, lecz także spora część „postkomunistów”, którzy sądzą, że w ten sposób staną się bardziej strawni w nowej rzeczywistości politycznej. Mylą się srogo.

Wydanie: 22/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy