Niegodny Barroso

Niegodny Barroso

Uniwersytet Jagielloński, najstarszy z polskich uniwersytetów, obchodzi właśnie 650-lecie.
650 lat to szmat czasu, to kilka epok: średniowiecze, odrodzenie, czasy nowożytne, saskie, oświecenie, noc zaborów i rozkwit za autonomii galicyjskiej. Międzywojnie, okupacja, trudne czasy stalinowskie, okres od października 1956 do marca 1968 r., czasy Gierka, „festiwal »Solidarności«”, stan wojenny i III Rzeczpospolita. Każda z tych epok tworzyła inne warunki funkcjonowania Alma Mater. Tworzyła ramy, które wypełniali ludzie, zdając swoisty egzamin z mądrości, szlachetności, odwagi cywilnej. Były w długich dziejach uniwersytetu okresy piękne i heroiczne. Były okresy rozkwitu – ale też intelektualnego i moralnego upadku. Tak było i tak być musiało w każdej ludzkiej zbiorowości na przestrzeni kilkuset lat.
Były w dziejach uniwersytetu obok czasów humanizmu i tolerancji czasy ciemnoty i fanatyzmu. Nie skończyły się one wraz z epoką Sasów. Nawet w XIX w., w momencie – zdawałoby się – rozkwitu uniwersytetu w dobie galicyjskiej autonomii, zdarzały się takie przypadki jak niedopuszczenie w 1868 r. na Wydziale Prawa do habilitacji Ludwika Gumplowicza czy nieprzyjęcie do pracy Marii Skłodowskiej w roku 1894. Gumplowicza, jednego z późniejszych ojców światowej socjologii, nie dopuszczono do habilitacji wyłącznie z powodów pozamerytorycznych, dlatego że był Żydem, liberałem i antyklerykałem. Aby nie przyjąć do pracy Skłodowskiej, wystarczyło to, że była kobietą. Nie miał znaczenia doktorat z fizyki uzyskany na Sorbonie.
Nie będę już wypominał „patriotycznej” postawy międzywojennych studentów, domagających się numerus clausus i getta ławkowego dla Żydów. Tak chętnie powtarzana dziś dewiza uniwersytetu plus ratio quam vis (rozum przed siłą) nie zawsze była – jak widać – brana dosłownie.
Dzisiejszy uniwersytet może dowolnie czerpać ze swojej tradycji. Może się odwoływać do tej najlepszej i do najgorszej. Oficjalnie próbuje do najlepszej. O złej pamiętać nawet nie chce. Wydane niedawno dzieło, liczący ponad 1,5 tys. stron „Słownik historii i tradycji Uniwersytetu Jagiellońskiego”, usilnie racjonalizuje i próbuje usprawiedliwiać wszystkie popełnione w minionym 650-leciu grzechy. Złośliwi po lekturze tej książki zadawali pytanie: „Czym się różni uniwersytet od Królestwa Bożego?” i odpowiadali: „Niczym! Ponad 650 lat i ani jednego grzechu!”. „Słownik” nie widzi różnicy między numerus clausus a… limitami przyjęć wyznaczanymi przez komunistyczne władze w czasie PRL. Hitlerowski Instytut Pracy Wschodniej przedstawia niemal jako wysuniętą placówkę polskiego ruchu oporu…
To bardzo polskie, no, powiedzmy, środkowoeuropejskie, mitologizujące podejście do historii. Gdy zła nie nazwie się złem, a głupoty głupotą, można być pewnym, że znajdą one naśladowców. Znalazły!
Ostatnio rektor prof. Wojciech Nowak zaproponował, by na jubileusz uniwersytetu nadać doktorat honoris causa szefowi Komisji Europejskiej José Manuelowi Barrosowi. Jak twierdzi europosłanka Róża Thun, zgodnie z przyjętym zwyczajem sondowano kandydata, czy taki tytuł przyjmie. Barroso był więc przekonany, że najstarszy polski uniwersytet chce go nim obdarzyć. Tymczasem sprawa okazała się nie taka prosta. Logiczne wydawało się, że z wnioskiem o nadanie doktoratu honorowego wystąpi Wydział Studiów Międzynarodowych i Politycznych. Jednak rada wydziału po żenującej dyskusji odrzuciła w tajnym głosowaniu propozycję wystąpienia o nadanie doktoratu honoris causa Barrosowi. Mniej na świecie znani luminarze tego wydziału orzekli, że Barroso to lewak, były maoista, komunista, polityczny kameleon… i, co najgorsze, uff, proszę sobie wyobrazić, zwolennik genderyzmu! Gwiazda światowej filozofii, były minister, który przegrał proces sądowy z uczniami, niejaki prof. Legutko, dumnie zaznaczył, że „doktoratu honoris causa nie nadaje się byle komu”, a byle kto to oczywiście Barroso. Inny szerzej nieznany luminarz zauważył, że „Barroso jako urzędnik reprezentuje raczej lewicowy kierunek polityczny, z pewnością nie jest natomiast mężem stanu”. Nie będąc tak biegłym w politologii jak jej profesor, nie bardzo wiem, jak urzędnik może „reprezentować raczej lewicowy kierunek polityczny”, ale domyślam się, że „raczej prawicowy kierunek” nie byłby przeszkodą w otrzymaniu doktoratu honorowego. Jedna pani profesor, która przed laty z nienawiści do Związku Radzieckiego studiowała rusycystykę, a dziś, co wydaje się logiczne, jest w awangardzie antykomunistycznej, przypomniała, że nie tylko Barroso, ale cała Unia Europejska nie sprzyja konserwatywnym wartościom, a więc dać szefowi Komisji Europejskiej doktorat honorowy to tak, jakby zaakceptować politykę Unii.
Krótko mówiąc, po tak mądrych przemyśleniach i przemowach w tajnym głosowaniu Rada Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego odrzuciła wniosek o nadanie José Manuelowi Barrosowi doktoratu honoris causa. Myślę, że członkowie rady są z siebie dumni. Stali się wszak zbiorowym Rejtanem, zagradzając własnymi piersiami drogę lewactwu, genderyzmowi… Uratowali przed pohańbieniem uniwersytet, pięknie nawiązali do tradycji. Tyle że tradycji czasów saskich, ale jakie to ma znaczenie?
Sytuację ratowano w ten sposób, że zamiast doktoratu honoris causa Barroso otrzymał od rektora uniwersytetu medal „Plus Ratio Quam Vis”, zapewne z objaśnieniem, że uniwersytet zawsze był wierny tej dewizie. Może uwierzył?

Wydanie: 21/2014

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy