Demokracja ciemniaków

Toczy się zajadła walka o telewizję publiczną, co dzień po dniu relacjonuje prasa. Trup ściele się gęsto. Z ekranu TVP, a więc spośród prezenterów i komentatorów telewizyjnych, znikają znajome twarze. Podobnie na zapleczu, w redakcjach i dyrekcjach, odbywa się kośba osób, które uznano za eksponentów „telewizji Kwiatkowskiego”, chociaż naprawdę nie wiadomo, co to znaczy. Zadałem nawet kiedyś takie pytanie na posiedzeniu Rady Programowej TVP, ale nikt nie potrafił mi na nie odpowiedzieć. Było to po prostu pytanie głupkowate i nieeleganckie, bo przecież i tak wiadomo, kogo trzeba wyrzucić, a kto powinien przyjść, aby kierować telewizją publiczną.
Wszystko jest więc dokładnie odwrotnie, niż miało być, według obietnic komisji Nałęcza oraz Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Na miejsce telewizji publicznej, obiektywnej, neutralnej politycznie, kulturalnej i obywatelskiej powstaje telewizja upolityczniona, ale w inną stronę, w dodatku upolityczniona nie tylko w swoich komentarzach i nieskrywanych sympatiach, ale także odpowiednio zorientowana światopoglądowo. Widzowie mogą to już odczuć w układzie programu, a także w „Wiadomościach”, których główną treścią stają się obecnie wiadomości parafialne, a najczęściej pokazywaną postacią jest papież Jan Paweł II. Pomimo głębokiej nabożności naszego społeczeństwa nie wychodzi to na dobre ani papieżowi, ani społeczeństwu.
Nie będę tu wymieniał licznych drobnych przypadłości, które zdarzają się teraz odrodzonej telewizji publicznej. Takich na przykład, że szef głównego kanału telewizyjnego nie ma wyższego wykształcenia, a jest to warunkiem zapisanym regulaminowo; że członkowie Rady Nadzorczej nie mają odpowiednich certyfikatów pozwalających im w niej zasiadać; że jeden z nich, kontrolując tę instytucję z urzędu jako członek Rady, był zarazem pracownikiem TVP na stanowisku dyrektorskim, a więc kontrolował sam siebie; albo wreszcie, że wiceprezesowi i prezesowi TVP postawiono warunek, iż mają wypracować wspólne stanowisko, a jeśli nie, to wiceprezes straci posadę. A dlaczego akurat wiceprezes, nie zaś ten, kto nie ma racji? I czemu mają być oni jednomyślni, a nie reprezentować różne punkty widzenia, na czym podobno polega pluralizm?
Ale są to wszystko śmieszne drobiazgi, o których piszą gazety, choć z tej pisaniny nic nie wynika.
Bardziej niepokojący jest natomiast pogląd na telewizję publiczną w ogóle, który ujawnił w polemice z Krzysztofem Kłopotowskim nowy dyrektor Biura Studiów Programowych TVP, będący na domiar złego profesorem medioznawcą. Otóż p. Kłopotowski, w naiwności przynoszącej zaszczyt niezależnemu krytykowi, napisał w „Rzeczpospolitej” artykuł, w którym twierdził, że autentyczna telewizja publiczna powinna być instytucją wzorotwórczą, pokazującą społeczeństwu elity intelektualne, aby przez przykład należących do nich osób, określanych także jako inteligenci, nie tylko wprowadzać odbiorców w nieco wyższe kręgi myślenia o sprawach publicznych, lecz także budować ich autorytet. Nasze społeczeństwo bowiem na nadmiar autorytetów raczej nie narzeka.
Myśl ta wydaje się tak słuszna, że aż oczywista. Jednakże nie dla profesora medioznawcy, który objął posadę dyrektora Biura Studiów Programowych TVP. W gromkim artykule w „Polityce” odpisał on więc Kłopotowskiemu, że propozycja jego to zwyczajny anachronizm, ponieważ warstwa zwana tradycyjnie inteligencją jest na wymarciu, nie ma żadnego znaczenia, a widzowi telewizyjnemu nie są potrzebni inteligenci czy intelektualiści zamartwiający się niedorzecznymi pytaniami w rodzaju „dokąd zmierza świat?” lub „czym jest postęp?” albo „czy zawsze pokolenia późniejsze są lepsze od wcześniejszych?”, lecz po prostu eksperci zdolni rzeczowo wyjaśniać konkretne zjawiska. A więc jak działa żarówka elektryczna, co to jest arterioskleroza albo ile wojska i bomb potrzeba jeszcze, żeby wygrać wojnę w Iraku.
Spór profesora medioznawcy z p. Kłopotowskim jest stary jak świat. Rozpoczął go na dobre w początkach XX wieku José Ortega y Gasset, pisząc, że w obecnym – a więc wówczas kształtującym się dopiero, a dziś już zupełnie ukształtowanym – świecie mamy tysiąc razy więcej specjalistów, ale znacznie mniej ludzi wykształconych niż w roku 1750. Wykształconych, to znaczy rozumiejących świat jako całość, razem z jego historią, cywilizacją, kulturą, moralnością. Ortega pisał także, że mamy oto mnóstwo ludzi korzystających z dobrodziejstw cywilizacji, którzy nie rozumieją zarazem, czym jest cywilizacja, uważając ją po prostu za dar natury, nie zaś owoc dokonującego się w ciągu pokoleń nieustannego wysiłku umysłowego, w głównej zresztą mierze osób określanych jako inteligenci, a więc należących do warstwy, która „zdycha i zdechnąć nie może”, jak pisał o naszej Ojczyźnie Gombrowicz.
Telewizję publiczną zdobyła obecnie prawica i ma ją jako cenny prezent przed wyborami sejmowymi, prezydenckimi czy referendum o konstytucji europejskiej. Nie można jednak wykluczyć, że za kilka lat karta się odwróci, ponieważ jak dotąd żadnej ekipie politycznej w III RP nie udało się rządzić dłużej niż jedną kadencję i pewnie tak będzie nadal. Walki o rządy i posady w TVP są to więc ruchy przejściowe, przykre, ale do wytrzymania. Byłoby jednak rzeczą fatalną, aby w trakcie tej huśtawki zepsute zostały doszczętnie rzeczy pożyteczne, poglądy rozsądne zaś postawione na głowie.
Otóż, sądząc po zapatrywaniach profesora medioznawcy, który jest zarazem dyrektorem studiów programowych TVP, zagrożony jest właśnie rozsądny pogląd na telewizję publiczną i jej rolę w życiu społecznym. Bo jeżeli cokolwiek oprócz nieporównanie wyższych kosztów odróżniać ma telewizję publiczną od telewizji komercyjnych, to właśnie wzgląd nie tylko na to, co audytorium telewizyjne c h c e oglądać, ale także na to, co p o w i n n o ono oglądać. Choćby po to, aby przeciwdziałać zanikowi autorytetów i utracie kapitału społecznego, który Robert Putnam, angielski badacz, definiuje jako „cechy życia społecznego – sieci powiązań, system norm oraz zaufanie – słowem to wszystko, co pozwala członkom społeczeństwa działać wspólnie i efektywnie w poszukiwaniu wspólnych celów”. A tego, oczywiście, nie da się zrobić przy użyciu ekspertów oraz najprzystojniej nawet wyglądających nowych prezenterów, na których TVP ściga się teraz ze stacjami komercyjnymi.
Kiedyś, już dawno temu, Kisiel określił system panujący w PRL jako „dyktaturę ciemniaków” i powiedzonko to zrobiło wielką karierę. Patrząc jednak dzisiaj na poglądy będące wynikiem studiów programowych TVP, można dojść do wniosku, że formułą, do której mamy zmierzać, jest demokracja ciemniaków. Demokratyczne rządy większości, która nie zamierza zawracać sobie głowy pokrętnymi myślami zdychających inteligentów i intelektualistów.
Nie wiadomo, co gorsze.

Wydanie: 43/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy