Sukces transformacji?

Umiarkowany egalitaryzm jest podstawą stabilności, a także sprzyja rozwojowi gospodarczemu  

Różne odpowiedzi pojawiają się na pytanie o sukces transformacji. Zapewne dlatego, że brakuje nam jeszcze wystarczającego dystansu, niezbędnego dla wyważonych ocen. Przemienność tryumfalizmu i negacjonizmu bywa dezorientująca. Ale są jeszcze inne przyczyny. Z rozmaitych perspektyw różnie widać to samo, a te perspektywy wyznaczają zarówno punkty widzenia poszczególnych osób, jak i całych kategorii zawodowych i ról pełnionych w życiu społecznym.
Ci, którzy porównują nasz kraj z sąsiednimi na Wschodzie, obwieszczają wielki sukces. Na ogół nadużywają tego tła, zapominając, że można patrzeć w rozmaitych kierunkach. A poza tym kiedyś też wypadaliśmy znacznie lepiej niż oni. Bardziej skomplikowanie wypadają porównania z PRL-em. Dyskwalifikowanie w całości czasu między 1945 a 1989 r., utożsamianie go, z jednej strony, ze stalinizmem, a z drugiej – z kartkami upoważniającymi do zakupu, nie kontrolowaną inflacją, dezorganizacją gospodarki i rynku konsumpcyjnego przełomu lat 70. i 80., wywołało zbiorowy odruch odrzucenia tego rodzaju propagandy jako niezgodnej z doświadczeniem osobistym i przekazem rodzinnym. Okazuje się, że coraz większa część społeczeństwa polskiego ma

dobre zdanie o latach 70.,

uważa tamten okres za szczególnie pomyślny dla siebie i kraju, przeciwstawiając go cięższym czasom obecnym.
Perspektywa politologiczna ukazuje pomyślne ustanowienie instytucji demokratycznych i bezbolesne pozbycie się poprzednich instytucji państwa autorytarnego. Ludzie niezacietrzewieni wskazują jeszcze na wyjątkowy w naszych dziejach fakt bezkrwawego przełomu, dokonany dzięki rozmowom i drogą kompromisów wypracowanych przez wszystkie strony konfliktu. Ale z tej samej perspektywy widać również, jak płytko w Polsce jest zakorzeniona demokracja. Rządzący i politycy są bardzo oddaleni od społeczeństwa; mimo zapisanej w księgach demokracji władza jest wyalienowana. Państwo prawa to raczej postulat niż rzeczywistość i z biegiem lat po 1989 r. jest mniej poszanowania dla prawa. Warto w związku z tym pamiętać, że jakość demokracji lepiej wyraża sposób oddawania władzy przez tych, którzy utracili ją w wyborach niż fakt obejmowania jej przez nowych zwycięzców. Mieliśmy już kilka kryzysów wstrząsających państwem, wywołanych przez przegranych (a jeszcze sprawujących władzę), którzy nie chcieli uszanować woli ludu wyrażonej w demokratycznych wyborach. Ponadto frekwencja wyborcza jest niewysoka, na szczeblach lokalnych szczególnie niska. Przykładów świadczących o tym, że wprawdzie fasadę ustrojową mamy ładną, bo demokratyczną, ale wnętrze wywołuje uczucia mniej przyjemne, można podawać znacznie więcej.
Podobnie jest z gospodarką. Zamiast dyrektyw wszechobecnego państwa mamy rynek.
Zamiast kolejek – łatwy (jeśli ma się pieniądze) dostęp do dóbr, zamiast rwących się więzi kooperacyjnych i zaopatrzeniowych między producentami – sprawną kooperację i profitujący handel. Chorągiew zwycięskiego rynku wzniesiona jest wysoko. Ale pod nią widać więcej szczegółów. Należy do nich rosnące zadłużenie gospodarki, czyli współczesna wersja dokuczającego nam jeszcze swymi konsekwencjami życia na kredyt z lat 70. Zmniejsza się zakres odpowiedzialności państwa, lecz zarazem rośnie biurokracja i jej utrzymanie coraz więcej kosztuje. Wzrost gospodarczy jest mniejszy niż kilka lat temu, bardzo zależy od importu i nie owocuje niezbędnym eksportem. Nasze przedsiębiorstwa nie wytrzymują konkurencji międzynarodowej. Narasta konflikt między interesem producenta a interesem konsumenta. Bezrobocie jest duże i staje się chroniczne. Dysproporcje materialne są problemem nie tylko gospodarczym, ale także politycznym i społecznym.
Obraz nie jest więc jednolity, jego powierzchnia sprawia lepsze wrażenie niż głębia. Obok ustroju i gospodarki jego ważną część zajmuje również społeczeństwo. Stajemy się społeczeństwem innym, o odmiennym niż kiedyś rozwarstwieniu. Z tej perspektywy trudno dostrzec sukces transformacji, raczej widać niebezpieczeństwa, które – nabrzmiewając – zmierzają do konfliktu i wywoływać mogą zbiorowe oczekiwanie na kolejną, zasadniczą zmianę całości. Porównując pragnienia Polaków z rzeczywistością, można powiedzieć, że w dziedzinie makrospołecznej transformacja poniosła porażkę. Jest nie to, co miało być, a nie ma tego, co – wedle dominujących oczekiwań – być powinno.
Poglądy Polaków na rozwarstwienie swojego społeczeństwa są całkiem realistyczne i rozsądne. Niepodobna im przykleić – tak często teraz używanej przez zadufanych ludzi, występujących w roli rodzimych polityków – etykietki populizmu. Według analiz Lidii Beskid, najwięcej rodaków chciałoby żyć w społeczeństwie, w którym większość ludzi usytuowana jest w środku. Oba

bieguny: bogactwa i ubóstwa,

powinny być niewielkie i spłaszczone, ale za to warstwy średnie najliczniejsze. Tego rodzaju ideał tkwił rok temu w głowach prawie 45% Polaków i charakterystyczny jest dla wszystkich grup społeczno-zawodowych; wszędzie przekracza 40%, najwięcej wśród prywatnych pracodawców (55%) i pracobiorców (51%). Ideały bywają różne, ten nie jest marzycielski, nie występuje w przyrodzie, bo jest obecny w świecie utopii, której nawet lepiej nie próbować realizować. Wręcz przeciwnie, nie odrywa się on od współczesnej ziemi. Taką właśnie postać mają nowoczesne społeczeństwa świata zachodniego, w których ustrój i gospodarka, demokracja i rynek są ze sobą zharmonizowane i wzajemnie się formują. Umiarkowany egalitaryzm jest podstawą stabilności, a także sprzyja rozwojowi gospodarczemu: wyzwala kapitał ludzki oraz zapewnia partycypację w rynku dużej liczbie ludzi.
Okazało się jednak, że społeczeństwo polskie po 1989 r., a zwłaszcza po 1992 r., przybrało inny kształt. Najwięcej Polaków (45%) uważa, że jesteśmy – pod względem zróżnicowania materialnego – społeczeństwem skrajnie elitarnym: niewielka elita na górze, bardzo mało w środku i większość ludzi na dole. Dodatkowo zaznacza się wąskie przejście z grupy usytuowanej na dole do grupy elitarnej. Rysunek odwzorowujący ten model przybrałby kształt gruszki.
Następny w kolejności model, uznany za zgodny z rzeczywistością, ma postać piramidy, tak widzi swój społeczny świat 22% rodaków. Jest to również model elitarny, choć o łatwiejszym do przebycia przejściu, w którym przebiegać może awans materialny. Natomiast model umiarkowanie egalitarny, ten uznany za najlepszy, z największą liczbą ludzi usytuowanych na środku, jest realizowany zdaniem ok. 11% rodaków.
Te wyobrażenia Polaków o swoim społeczeństwie nie odbiegają od faktów rejestrowanych przez badaczy.

Polska bieda jest rozległa

i głęboka. W dodatku, jak podkreśla Tadeusz Kowalik, “masowemu bezrobociu i szerokiemu zakresowi ubóstwa towarzyszy wyjątkowo duże zróżnicowanie wynagrodzeń i dochodów”. Wielu pracobiorców zubożało, a – dodaje ekonomista – “na drugim biegunie zwraca uwagę pazerność menedżerów, których wynagrodzenia już obecnie sięgają 60-krotnej płacy przeciętnej, a więc takiej, jaka występowała w USA kilkanaście lat temu”.
Transformacja oceniana z tej perspektywy wypada źle. Jeśli bowiem ceniony szczególnie przez Polaków ideał kształtu społeczeństwa jest realistyczny, to powinien być realizowany. A nie jest. Jeśli natomiast, załóżmy, z tych czy innych powodów, zbyt daleko odrywa się on od ziemi, to ideolodzy (politycy i tzw. ludzie pióra) powinni ludziom ten fakt uświadomić i ich przekonać. Nie dzieje się jednak ani jedno, ani drugie, zaś rozstęp między ludzkimi oczekiwaniami a doświadczanym światem jest rozległy i się nie zmniejsza. Podobnie jak duży dystans między instytucjami polityków a obywatelami, którzy są poza nimi. Nasze społeczeństwo przybrało obcy kształt dla dominującej części Polaków.


Autor jest socjologiem i ekonomistą, pracownikiem PAN

Wydanie: 3/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy