Sierpień czasami okrutny

Sierpień czasami okrutny

Im więcej czytam o I wojnie światowej, tym mniej rozumiem, dlaczego ona wybuchła. A im bardziej oddalamy się od niej w czasie, tym wyraźniej widać, jak monstrualny był to bezsens. Podobnie jest z powstaniem warszawskim, które miało w swoim bezsensie o wiele więcej sensu. Ciekawe, że tu im dalej w czas, tym więcej celebracji. Ma to też związek z upolitycznianiem powstania, wszystko już stało się polityczne, ewentualnie jest produktem.
A dzisiaj natęża się prastary instynkt stadny, gdyż broni się przed unifikacją i globalizacją. W luźnych ramach nowych czasów każdy może wszystko powiedzieć. Prowadzący dyskusję, w której biorę udział, stawia śmiałą tezę, że proces norymberski powinien dotyczyć też decydentów i przywódców powstania, ponieważ była to masowa zbrodnia (myślę: po wojnie w jednej celi czasami siedzieli powstańcy i ich oprawcy). Oczywiście w takim pytaniu ujawnia się duch prowokacji, może też brak wiedzy, czym była Norymberga. Widać też, jak mocne jest uwikłanie w bieżący czas, szczególnie gdy jest to czas katastrofy, gdy współcześni mało wtedy widzą.
I wojna światowa, której mamy setną rocznicę, to też niezwykły w swojej skali wybuch instynktów stadnych. I chorobliwy zapał bitewny, który dziś widzimy w miniaturze u kibiców piłkarskich. Ta choroba trafia nawet najzacniejsze i najniezwyklejsze głowy.
Kiedy studiuję życie Witkacego, nie zdumiewa mnie, że gdy wybuchła wojna, przerwał morską wyprawę z Bronisławem Malinowskim na Wyspy Trobriandzkie (dokąd zresztą wysłano go, aby nie popełnił samobójstwa, taki miał osobliwy nałóg). Za to bardzo mnie dziwi, że potem pojechał do Moskwy. Jego słynny ojciec wielbił Piłsudskiego, a syn miał poczucie solidarności z Rosją, więc wstąpił do carskiej Lejbgwardii, elitarnej jednostki piechoty. Czy była to tylko żądza, jak pisał, „zaznania bebechowo-wstrząsowych perturbacji i tęgich wrażeń”? To mogła być jedna z „artystycznych” przyczyn tego, że młodzi, też artyści, garnęli się na front, czyli na śmierć. Witkacy na szczęście dla siebie szybko został ranny. Po drugiej stronie linii frontu, co za paradoks, mogły być polskie legiony, a tam wielu jego przyjaciół. Witkacy został wtedy zwolniony z armii. Przyzna potem szczerze: „Byłem po tym wszystkim kompletnym flakiem psychicznym”.
Cała Europa była kompletnym flakiem psychicznym po tej wojnie, heroizm zmienił w przemysł mordu. Niemcy zostały na dodatek upokorzone traktatem wersalskim. Co stało się zarzewiem II wojny, jeszcze straszniejszej. Pisałem już o tym, ale śmiało powtarzam, ponieważ zdaje się to ważne: upokorzenie to jedno ze źródeł zła w biografiach ludzi, ale też w wielkiej historii. Dlatego uwaga teraz na Rosję! Została upokorzona po 20 latach niedorobionego kapitalizmu i ujściu powietrza z mocarstwowego wzdęcia. Teraz nie mamy wyjścia i próbujemy ją ponownie upokorzyć. Grozi więc tragiczne uwikłanie i uruchomienie reakcji łańcuchowej, od której nie ma odwrotu. Dlaczego mamy być wolni od tej groźby?
Mój znajomy, młody oficer, wrócił właśnie do domu na pół roku nauki angielskiego. Oddelegowało go wojsko. Pamiętam czasy, kiedy obowiązkowa dla naszych oficerów była nauka rosyjskiego. Z punktu widzenia historii minęło niewiele lat. Przysłuchuję się dyskusji, z kim Polska powinna zawrzeć teraz trwały sojusz. Poglądy tu bywają generacyjne, starsi, ze mną włącznie, mają silny sentyment do Stanów. I nadal żywy uraz do Europy, że nie przyszła nam z bezpośrednią pomocą w roku 1939. Wspólnym znakiem czasu i paradoksem jest to, że wszyscy jednako się martwią, że Niemcy tak mało wydają na zbrojenia i że taki tam upadek wojskowego ducha. Ale się porobiło!
A ja patriotycznie jadę nad polskie morze. Można już z Warszawy pędzić na wybrzeże luksusowym korytarzem autostrad, gdzie wszystko nowe, eleganckie i cieszy oko. Malkontent zapyta, dlaczego tak późno. A ja się nauczyłem cieszyć z tego, co jest.
W ramach sielanki dobrym uczuciem obdarzam swój samochód, że taki niezawodny choćby wobec małego fiata, którym w innej epoce, charcząc i warcząc, wielekroć przebijałem się na wybrzeże. Popadam w podniosły nastrój osobistego i narodowego sukcesu, gdy jak na złość zapala mi się na tablicy rozdzielczej rysunek, który woła: awaria silnika! Ale nowoczesność też tu zadziałała. Telefoniczne diagnozy z serwisem, który czuwa całą dobę. Kiedy samochód sam się poprawił, pewnie ze strachu, a może dlatego, że wypił nową porcję ropy, zepsuł się mój mały Franio na tylnym siedzeniu i obrzygał, co się tylko dało. Po czym też szybko doszedł do siebie. Nie dostrzegłem związku między tymi dwoma przyległymi do siebie wydarzeniami, gdyż jestem okropnie racjonalny. Z tego też powodu wielu rzeczy, które się dzieją wokół, nie rozumiem.

Wydanie: 32/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy