Czy prasie wolno kłamać?

Oczywiście nie, odpowie każdy, kto oczekuje od prasy i w ogóle od wszystkich środków masowego przekazu, rzetelnej informacji o bieżących wydarzeniach życia, zwłaszcza publicznego.

Wiadomo jednak, że gazety są stronnicze. Służą określonym „opcjom” politycznym i z tej racji starają się nie ujawniać na swoich łamach prawd, które dana partia pragnie ukryć przed opinią społeczną. Często przekazują społeczeństwu zdeformowane informacje o pewnych wydarzeniach, wyolbrzymiając bądź umniejszając ich znaczenie.

Nie ulega wątpliwości, że takie praktyki nie mieszczą się w ogólnej formule prawdomówności, która w pełnym znaczeniu tego słowa polega na mówieniu „prawdy, całej prawdy i tylko prawdy”. Wszelka półprawda jest kłamstwem, a „prawdy przez interes głoszone nie są całe” (Norwid).

Obrońcy praw człowieka skłonni są nawet upatrywać w kłamstwach prasowych pogwałcenia prawa człowieka o obywatela do informacji przewidzianego w art. 61 Konstytucji oraz art. 10 Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności. Prawo do informacji  w rozumieniu w rozumieniu tych aktów oznacza oczywiście prawo do informacji rzetelnej, a więc takiej, która nie tylko nie jest fałszywa, ale także ujawnia całą prawdę, bez niedomówień i dwuznaczności.

Istnienie stronniczych politycznie gazet samo przez się nie stanowi pogwałcenia prawa do informacji, jeśli obywatele mają zapewniony swobodny dostęp do innych serwisów prasowych, dzięki którym mogą korzystać z dowolnych źródeł informacji i na ich podstawie wyrabiać sobie obiektywną opinię o rzeczywistości. Prawo do informacji w rozumieniu cytowanej wyżej konwencji jest bowiem „wolnością otrzymywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych”. Taką wolność gwarantuje pluralizm polityczny, z którym łączy się wielość źródeł informacji i opinii o wszelkich wydarzeniach.

Wolność informacyjna w demokracji musi wszelako podlegać pewnym ograniczeniom, m.in. ze względu na ochronę dobrego imienia oraz praw i wolności innych osób. Swoboda w uprawianiu prasowej propagandy, posługującej się nierzetelną informacją, jest też w sposób naturalny poskramiana dzięki istnieniu medialnej konkurencji. Dziennikarze z przeciwnych obozów potrafią zdementować każde kłamstwo i napiętnować wszelkie świństwa, do których uciekają się nazbyt zapalczywi publicyści, owładnięci obsesją niszczenia przeciwników ze znienawidzonych formacji.

Podjazdowym walkom politycznym w mediach sprzyja dziś antykorupcyjna psychoza, którą podsycają gazety mające ambicję ujawniania „ku chwale Ojczyzny” coraz to nowych „afer”.

Trudno się dziwić, że w warunkach niedowładu organów państwa powołanych do walki z rakiem korupcji dziennikarze „wzięli sprawy w swoje ręce” i próbują wyręczać władze państwowe w tropieniu prawdziwych i domniemanych aferzystów. Zjawisko to, choć podyktowane słusznymi pobudkami, kryje w sobie niebezpieczeństwo wyrządzania krzywd ludziom osądzanym w trybie pozaprawnej, gazetowej procedury.

Prasowe nagonki na ludzi cieszących się zaufaniem społeczeństwa nie odnoszą na ogół oczekiwanego skutku. Każdy przejaw wrogości dziennikarza do krytykowanej osoby budzi nieufność czytelników i obraca się w końcu przeciw samej gazecie, która napastliwy tekst opublikowała.

Typowym przykładem krytyki prasowej, wskazującej na wybitnie stronnicze nastawienie gazety do krytykowania osoby, była próba zdyskredytowania na łamach „Gazety Wyborczej” osoby prezesa Najwyższej Izby Kontroli.

Czytając zarzuty o politycznym zabarwieniu, postawione prezesowi Wojciechowskiemu w tym dzienniku, trudno było wprost oprzeć się wrażeniu, że była to nagonka na człowieka spoza panującego układu partyjnego.

Szef NIK-u naraził się rządzącej koalicji swym obiektywnym podejściem do sprawy komputeryzacji Zakładów Ubezpieczeń Społecznych. Próbował wnikliwie ocenić zasadność powierzenia firmie „Prokom” tego zadania, zamiast ugiąć się pod naciskiem polityków i od razu stwierdzić, że winę za nieudaną komputeryzację ponosi ówczesna szefowa ZUS, Anna Bańkowska, a nie jej następca, Stanisław Alot z AWS. Sprawie tej nadano wymiar polityczny, wiążąc działalność byłej prezes ZUS z jej przynależnością do SLD. Anna Bańkowska stała natomiast na czele instytucji apolitycznej, która była obowiązana do przygotowania, bez względu na zmianę rządu, prac nad powstaniem indywidualnych kont ubezpieczonych, niezbędnych do realizowania reformy ubezpieczeń społecznych. W tym celu zawarła w imieniu ZUS, a nie SLD umowę z dnia 10.10.1997 r. na wykonanie kompleksowego systemu informatycznego z firmą „Prokom”, która wygrała przetarg.

Za podejmowane decyzje prezes NIK odpowiada osobiście, nie było więc możliwości ich podważenia. Dziennikarze „Wyborczej” oskarżyli go więc o nepotyzm i preferowanie w Izbie ludzi z PSL. Argumenty na rzecz tego oskarżenia okazały się żenująco kompromitujące. Prezes Wojciechowski wykazał, że zaledwie cztery osoby związane w przeszłości z ruchem ludowym bądź SLD znalazły zatrudnienie w NIK, podczas gdy sześciu pracowników wywodzi się ze środowisk tworzących obecną koalicję AWS-UW!

W PRL mówiono: „dobry fachowiec, ale bezpartyjny”. Tak samo teraz dla krytyków prezesa Wojciechowskiego nie liczy się fachowość kontrolerów NIK, lecz to, skąd pochodzą. Zapomnieli, że równy dla wszystkich dostęp do służby państwowej przewidują ratyfikowane przez Polskę akty międzynarodowe. Dla tych żurnalistów nie mają np. znaczeniu bardzo dobre wyniki działalności kontrolnej. I. Strąka, o których pisała „Rzeczpospolita” („GW” przeszła nad nimi do porządku). Ma „złe” pochodzenie rodzinne i już!

Czy oskarżyciele Janusza Wojciechowskiego nie są wprost śmieszni, gdy upatrują zagrożenia dla sprawnego funkcjonowania Izby w fakcie, że jego kierowca pochodzi z tej samej miejscowości?

Nie mam zaufania do wiarygodności dziennikarzy, którzy nie potrafią się zdobyć na minimum obiektywizmu w ocenie krytykowanej osoby. Prezes Wojciechowski ujawnił na konferencji prasowej wysoce pozytywną opinię wystawioną Najwyższej Izbie Kontroli przez „Sigmę” – organ ekspercki Unii Europejskiej. „Wyborcza” ten ważny fakt, odnotowany nazajutrz przez inne dzienniki, zbyła milczeniem.

„Walcz o sprawy, oszczędzaj osoby” – taką dewizą powinni kierować się wszyscy, którzy chcą wyplenić zło z życia publicznego. Dawno już zwrócił na tę zasadę uwagę wybitny moralista, Władysław Witwicki (Pogadanki obyczajowe, Warszawa 1962, s. 147). W napastliwych tekstach na osobę prezesa NIK dominowała wyraźna niechęć do jego osoby, a nie rzetelna troska o dobro wspólne. Najwyższa Izba Kontroli wymaga szczególnie dzisiaj, gdy tyle jest nadużyć w gospodarce, administracji itd., szacunku i ochrony przez niepoważnymi aktami. Nieumiarkowani krytycy NIK-u bardzo interesowi publicznemu zaszkodzili, osłabiając moralnie pozycję Izby. Czy warto było z przyczyn politycznych niszczyć autorytet jednej z nielicznych instytucji cieszących się nieposzlakowaną opinią w społeczeństwie?

Wydanie: 14/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy