Z lancetem na Busha

Świat, jak wiadomo, istnieje tylko w telewizji, kto się pokazuje, ten żyje, nawet jeśli umarł, czego mieliśmy liczne dowody podczas święta, gdy wszyscy święci mają imieniny i obchodzą je na cmentarzach. Martwi razem z żywymi. Pierwsi przy świecach, drudzy przy lampecze czegoś mocniejszego. Jako warzywo pojawia się dynia, przywieziona jak stonka z Ameryki.
W telewizji nawet wśród umarłych obowiązuje hierarchia. Różne stacje różnych wymieniają na pierwszym miejscu. Prawicowe Ryszarda Kuklińskiego, potem Miłosza, Kuronia, a inne? Innych już nie ma.
Nasza porwana, pani Teresa, nie budzi współczucia. Przeszła na islam, mówi po arabsku, co to za Polka? Najlepiej skomentował to Michał Ogórek, pisząc o tym, co podała ambasada, że pani Teresa nie nadaje się do pracy w dyplomacji, że być może była agentką Saddama i że iraccy porywacze powinni się zastanowić, co robią. Wygląda to, jakby Teresa Borcz była jakąś Jelinek, feministyczną laureatką Nagrody Nobla, albo kandydowała na prezydenta, któremu trzeba napluć w życiorys. To byłoby śmieszne, gdyby nie chodziło o życie.
Ludzie podobno strasznie się emocjonują wyborami u przyjaciół. Nie wiem jak inni, ale ja uważam, że ktokolwiek będzie rządził, na Wschodzie czy na zZchodzie, nam to nic nie zaszkodzi ani nie pomoże. Bo my im zwisamy zwiędłym brokułem. Nam zwisa, co u nich, im zwisa, co u nas. I tak jest dobrze.
Choć nie zwisa mi, czy za rok się obudzę i rozkosznie przeciągnę, telewizor włączę, a tu, a kysz, na mównicy premier Kaczor, niestety nie Donald, nawet nie Tusk. Albo gorzej, mowę wygłasza premier Giertych syn, a ojciec jego w Pałacu Prezydenckim się kąpie.
Znam takich, co gadają, że wtedy trzeba będzie emigrować. Nikt nie musi wyjeżdżać, przeżyliśmy komunistów, przeżyjemy i… Jak to się rymuje? Dlatego ja wieszczę, że do tego nie dojdzie. Naród nasz, co prawda, jak lawa, z wierzchu zimny i tak dalej, ale wewnątrz gorący, no może letni, ale chyba nie na tyle, żeby wytrzymać kacze i wrzodakowate rządy.
Pani lewico, larum grają, a ty się nie zrywasz, nie ruszasz w bój, co z ciebie… Znów chciałam zrymować, przepraszam, ale ktoś mi zwrócił uwagę, że nie godzi się pisarce używać wyrazów, na co odpowiadam, że nie używam w mowie, ale w piśmie, owszem, muszę.
U dawnych przyjaciół, na Ukrainie, czyli części, która odpadła od naszego poprzedniego wielkiego przyjaciela, porzucona jak nie przymierzając ogon jaszczurki uciekającej w popłochu przed wrogiem, podtruwa się opozycyjnego kandydata, na tyle jednak nieskutecznie, że ten wstaje z martwych jak jakiś heros współczesny, na przykład gubernator Szwarzenegger, i staje w szranki z kandydatem rządzącym popieranym przez Kuczmę i Putina, który odwiedza dawny ogon Rosji, bo chce zachować swoje wpływy. Putin jako prawy kagiebista podobno lekko brzydzi się Wiktorem Janukowyczem, mającym na koncie odsiadkę, ale popiera go dla idei. Janukowycz wychował się w domu dziecka. W wieku 17 lat skazany był za grabież i wysłany do kolonii karnej. To jego pierwsze uniwersytety. Potem skończył politechnikę, został inżynierem. Gdyby kandydował w Ameryce, miałby zwycięstwo w kieszeni. Stałby się ludowym bohaterem, wzorem resocjalizacji. Był już gubernatorem jak Szwarcy, premierem u Kuczmy, który też podobno kręci nosem, bo facet z Doniecka jest zbyt samodzielny. Mówi się, że wcale nie jest zapatrzony w Rosję, to tylko gra; chce zyskać poparcie Putina, a w zasadzie jest proeuropejski. Teraz musi się odróżniać czymś od bohatera pozytywnego, postawił więc na moskiewskiego konika na biegunach i się buja.
My popieramy podtrutego Juszczenkę, choć on wcale a wcale nie popiera nas. Jako nacjonalista w sprawie Wołynia nie wezwał Ukraińców do przeprosin.
A znów w Ameryce, gdybyśmy to my wybierali im prezydenta, wygrałby Bush. Trudno zgadnąć dlaczego. Czy dlatego, że wciągnął nas w wojnę w Iraku i mogliśmy poczuć się jak mocarstwo, czy też dlatego, że lubimy mieć paluchy uwalane tuszem i przepadamy za składaniem odcisków? A może po prostu dlatego, że, jak w wiadomo z „Rejsu” Piwowskiego, lubimy tylko te piosenki, które już znamy, a mało kto wie, kto zacz Kerry, bo z wiadomości politycznych ogląda się głównie pogodę.
Kerry’ego oprócz połowy narodu amerykańskiego popiera także bin Laden, który w okresie kampanii wyborczej wystąpił w telewizji i jako papież terroryzmu, grożąc palcem, wbrew zaleceniom znawców mowy ciała, zwrócił się wprost do Amerykanów, by przestrzec ich przed wyborem kłamcy Busha.
Przeciwko Bushowi przemawia także „Lancet”, jedno z najstarszych i najważniejszych pism medycznych świata. Naukowcy zrobili wstępne badania szacunkowe liczby zabitych i zmarłych w Iraku ludzi, nie tylko walczących, lecz także ludności cywilnej; obejmuje ludzi zmarłych na skutek pogorszenia warunków życia i opieki medycznej, rozbojów, zniknięć. Wyszło 100 tys.! Jak pisze „GW”, Saddam w ciągu 25 lat władzy wymordował 300 tys. Jeden z uczonych mówi, że wysłał artykuł z prośbą o opublikowanie go przed wyborami, żeby „kandydaci publicznie zobowiązali się, że będą walczyć o los irackich cywilów”. Gazeta pisze, że pewne obawy mogą wywołać antywojenne poglądy autorów. To budzi też niepokój etyka Jacka Hołówki, którego cenię. Zastanawia się on, czy „zawiesić zaufanie do „Lancetu”, czy zmienić zdanie o tej wojnie, uznać ją za kolejny paroksyzm, przynoszący tylko cierpienie i śmierć”. Panie profesorze, czy jeśli wyjdzie „tylko” 100 tys., bo ankieterzy w Iraku źle policzyli, próba badanych była za mała, bo i zbieranie informacji jest niebezpieczne, to czy wtedy etyka opowie się za wojną? Czy my będziemy musieli zawiesić zaufanie do etyki?

 

Wydanie: 46/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy