Rewolucja, której nie będzie

Rewolucja, której nie będzie

Podczas ostatnich wyborów prezydenckich we Francji obok zwykłych argumentów demagogicznych pojawiło się ostrzeżenie, które uważałem za prawdziwe. Głoszono mianowicie, że nawet gdyby Marine Le Pen jakimś cudem wygrała wybory, to rządzić nie będzie, a nawet nie obejmie urzędu. Ma ona bowiem nie tylko zwykłych przeciwników, ale także przeciwników nienawistnych i gotowych na wszystko, aby jej nie dopuścić do Pałacu Elizejskiego. Demokracja demokracją, wybory wyborami, jednak w ostatecznym rachunku liczą się wola i namiętności niekoniecznie większości obywateli, ale dużej ich części. Francja jest krajem rewolucyjnym i w sytuacjach krytycznych działania o znamionach rewolucyjnych mają symboliczną, a niekiedy faktyczną przewagę nad legitymizmem. Macrona wynaleziono w ostatniej chwili jako człowieka tak obrotowego, że nie można nawet dokładnie mu się przyjrzeć. Ten panicz, raz wiotki, raz sprężysty, miał nie tyle pogodzić socjalistów z liberałami, ile zatrzeć między nimi różnicę. Bodajże mu się to udało, ale głębsze podziały przebiegają według innych granic. Obecne gwałtowne wystąpienia uliczne w Paryżu, Marsylii i w wielu innych miastach mogą nam pokazać Francję podzieloną inaczej, niż była dzielona do tej pory. Podobno wśród tych, co chcą Macrona z Pałacu Elizejskiego wyprowadzić, można dostrzec też tych, co mieli nie pozwolić Marine Le Pen tam się wprowadzić. Jeżeli byłaby to prawda, znaczyłoby to, że część Francuzów między tą sprzeczną parą ważnej dla siebie różnicy nie widzi. Ale tak być nie musi i oni tę różnicę sobie uświadomią.

O co chodzi w tej rewolucji bez idei i bez przywódców? Ci, których łapią kamery telewizyjne, mówią, że są biedni, a nawet, że są głodni, co mnie dziwi. Może to tylko dalekie echo XIX-wiecznego, a nawet XVIII-wiecznego „chleba i wolności”? Trzeba to zrelatywizować, w ostatnich czasach wielu Francuzów – podobnie jak wielu Amerykanów – zbiedniało relatywnie lub bezwzględnie z przyczyn powszechnie wiadomych. Sięgnijmy do początku tych przyczyn, o którym może już się nie pamięta. Nie jestem znawcą Francji, ale przypominam sobie dyskusje w kręgach technokratycznych i politycznych w okresie – mniej więcej – rządów Pompidou, co będzie lepsze dla Francji: prowadzić politykę wysokich płac dla ciągle strajkujących Francuzów czy otworzyć szeroko bramę dla imigrantów, co ogólnie obniży płace. Wybrano to drugie rozwiązanie i dzisiejsi wściekli manifestanci są jego ofiarami. Temat imigracji we Francji i innych krajach podlega ścisłej „poprawności politycznej”, ale ukrywany kłopot zawsze jakoś „wypuczy”, jak wyrażał się Mirek Dzielski, mój kolega uniwersytecki.

Tydzień temu można było przeczytać w PRZEGLĄDZIE w interesującym wywiadzie Wojciecha Osińskiego z prof. Herfriedem Münklerem: „Rośnie rozczarowanie polityką migracyjną rządu. Przybysz z zagranicy nierzadko otrzymuje takie same świadczenia jak ktoś, kto we Francji przepracował 20 lat. Pod szczelnym przykryciem ogólnego optymizmu wzbierała więc długo społeczna frustracja, która pogłębiała bezład i niemożność”.

Strażnicy poprawności politycznej nie interesują się przyczynami buntu „żółtych kamizelek”, zmyślają przyczyny urojone. Ich przeraża możliwość przejęcia tego buntu przez Zjednoczenie Narodowe, partię Marine Le Pen, i chociaż na razie mało za tym przemawia, wygłaszają zaklęcia, aby tak się nie stało. Zapobiegawczo piętnują ruch „żółtych kamizelek” jako przejaw nacjonalizmu, populizmu oczywiście, a wkrótce też rasizmu.

Mówiąc wstrętnym językiem ekonomii, Polska jest eksporterem siły roboczej. Pod tym względem należy do kategorii krajów bałkańskich, północnoafrykańskich i podobnych. To, co mogłyby zrobić w Polsce dwa miliony wyeksportowanych pracowników, zrobione nie będzie. Dla przybyszy zza Buga Polska jest w większości przypadków stacją przesiadkową, a ich usługi są na ogół gorszej jakości niż Polaków, którzy zrobili im miejsce. Tak twierdzi wielu przedsiębiorców, a ja jako usługobiorca nie mogę temu zaprzeczyć. Podobnie jak w polityce również pod innymi względami upodabniamy się do naszego strategicznego sojusznika. Jeżeli mamy uprawiać politykę jagiellońską, to jej skutki trudno sobie wyobrazić inaczej.

Francja ma bogatą tradycję rewolucyjną, ale również tradycyjną umiejętność radzenia sobie z rewolucjami. Wyobraźmy sobie rozruchy o takiej skali i agresywności w Niemczech, a jeszcze lepiej w Rosji. Nawalny wyprowadzi na plac Błotny tysiąc manifestantów, a światowe media głoszą, że reżim Putinowski jest zagrożony, Rosja upada. Francja bez zamieszek i strajków wydaje się krajem dogorywającym. Po „rewolucji” władzę przejmuje inna partia albo i ta sama pod inną nazwą i wszystko wraca do normy. I tym razem tak będzie.

Zwolennicy zahamowania imigracji do Europy straszą ludzi terrorystami. Z drugorzędnego problemu robią pierwszorzędny. Przemilczają natomiast fakt, że jeśli Europa – Francja, Niemcy, inne państwa – zechce nakarmić wszystkich głodnych, którzy się zgłoszą, będzie miała głodnych Europejczyków i terror „żółtych kamizelek”.

Wydanie: 50/2018

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy