Etos korupcji

Pan Włodzimierz Cimoszewicz opublikował w „Gazecie Wyborczej” (21 lutego br.) artykuł pt. ”Lekcja Kohla”, w którym przykra afera korupcyjna kończąca karierę jednego z najwybitniejszych polityków europejskich jest pretekstem, aby mówić o korupcji w ogóle. Oczywiście, w Polsce.

Mało jest osób w naszym światku politycznym, które bardziej niż p. Cimoszewicz uprawnione są do poruszania tego tematu. Wielokrotnie dawał się poznać jako człowiek, któremu czerw korupcji, trawiący nasze życie, naprawdę jest wstrętny. W swoim artykule pisze więc, że ”ogólne lamentowanie nikogo do niczego nie zobowiązuje i do niczego dobrego nie prowadzi” i postuluje, że „z korupcją należy walczyć przy pomocy sankcji prawnych”. Wyraża też przekonanie, że w systemie demokratycznym, a mieszczą przy wolnych mediach, które spełniają rolę społecznej kontroli, zwalczanie korupcji powinno być łatwiejsze niż w systemach autorytarnych, mimo że owe media kierują się także sympatiami politycznymi.

Otóż, zgadzając się w tym wszystkim z p. Cimoszewiczem, w jednym tylko sądzę, że nie docenia on powagi sytuacji. Źródłem korupcji w Polsce jest bowiem nie tylko brak kontroli czy sankcji, lecz etos korupcyjny, w wytwarzaniu którego właśnie udział wolnych mediów jest wcale niepośledni.

Aby się o tym przekonać wystarczy przerzucić choćby pobieżnie te wszystkie mniej lub bardziej kolorowe magazyny, miesięczniki i tygodniki, które leżą w kioskach. Kto jest ich bohaterem? Otóż są nimi domy, wille, samochody, antyczne meble i egzotyczne podróże ludzi, których stawia się nam za wzór. Co do części z nich mogę sobie z grubsza wyobrazić źródła dochodów pozwalających im na ten komfort. Co do większości jednak, powiedzmy szczerze, nie. Jeśli widzę więc, na przykład, polityka otoczonego szczęśliwą rodziną na tle przeogromnej willi, zatopionej w rozkosznym ogrodzie, to przeliczając sobie skrupulatnie wszystkie jego możliwe dochody poselskie, ministerialne, autorskie nawet nie mogę jednak, być może w swojej naiwności, dopasować ich sumy do kosztu tych dobrodziejstw losu. Jeśli słyszę, że dość znany prezenter telewizyjny czy aktor potrafi zainkasować niewyobrażalne sumy w walutach wymienialnych za pokazanie swego oblicza w reklamie zagranicznej firmy z tego tylko tytułu, że oblicze to znane jest ze szklanego ekranu, nie zdziwiłbym się, gdyby taki człowiek nie tylko nie zarabiał, ale wręcz dopłacał do swojej obecności w mediach, skoro jest to tak intratne. Kiedy prasa rozpisuje się o zadziwiających manipulacjach przy wyprzedaży naszego systemu bankowego, to przeciętny Polak, który nie jest przecież mimo opinii Józefa Piłsudskiego całkowitym idiotą, zastanawia się w gronie rodziny i znajomych jak wpłynie to na ruch budowlany w eleganckich, willowych miejscowościach lub na obroty na szwajcarskich kontach. Jeśli w rodzinie tego Polaka zajdzie potrzeba jakiejkolwiek posługi religijnej, też wie on, że jej jakość, jak i jakość znacznie bardziej wyrafinowanych posług Kościoła. o których aż strach mówić, zależy od wysokości opłat na tacę lub jakiegoś świętopietrza.

Chcę po prostu wskazać na fakt, że oto postawiliśmy przed społeczeństwem określony model, wzór, ideał, w którym posiadanie, branie pieniędzy, a nie ich źródła są miarą wartości.

Kiedyś, w okresie zwanym „październikowym”, Kazimierz Brandys pisał w swoich „Listach do pani Z.”: „Proponuję pani Żoliborz jako ambitną polską średnią”. A więc, innymi słowy, proponował on jako tę średnią mieszkanie, powiedzmy trzypokojowe, na społecznym osiedlu WSM-u, którego etos wyznaczał jeszcze wówczas odziedziczony po przedwojniu duch spółdzielczego współdziałania, żłobek, biblioteka, może także wspólna pralnia. Dziś za taką propozycję współczesna pani Z. zrzuciłaby zapewne autora ze schodów, choć społeczeństwo jako ogół nie wzbogaciło się przecież w sposób aż tak oszołamiający i owa propozycja Żoliborza dla wielu mogłaby być całkiem ponętna. Zmienił się jednak etos społeczny.

Statystyki podają, że współcześni Polacy inwestują więcej w samochody niż w mieszkania, bo w błyszczącym samochodzie łatwiej i taniej można udawać „panisko”, a do mieszkania można nie wpuszczać obcych. Znajoma pani zwierza mi się, że mieszkając w dwie osoby w całkiem wygodnym segmencie mieszkaniowym w Warszawie, czuje nacisk swego otoczenia, nakazujący jej przenieść się do czegoś większego i bardziej efektownego. Równocześnie z tym jednak ze spokojem rozmawiamy sobie o bezdomnych i mijamy dzieci żebrzące na ulicach.

Wylęgarnią korupcji – gdzie na skali skorumpowanych państw świata, jak informuje p. Cimoszewicz, podskoczyliśmy o dwadzieścia pozycji w górę są państwa o drastycznych kontrastach społecznych. Kraje Ameryki Łacińskiej, gdzie luksus sąsiaduje z dzielnicami nędzy, „młode tygrysy” azjatyckie, gdzie co chwila wybuchają niesłychane afery korupcyjne z udziałem rządów, premierów, prezydentów. Jesteśmy ponoć „młodym tygrysem” europejskim, a więc nasze społeczeństwo też rozłamało się na pół, jedni lecą na dół, inni wspinają się do góry, przeskakując po kilka szczebli. Korupcja to jest właśnie owo przyspieszone przeskakiwanie szczebli dobrobytu, do czego namawiają nas wszystkie instrumenty pedagogiki społecznej, w tym media.

Przeciętny Polak wie, że kiedy podjedzie dobrym autem pod przyzwoity, własny dom, nikt go nie zapyta, jak do tego doszedł. I może kiedyś sfotografują go w „Vivie”.

Oczywiście, że korupcję trzeba karać. Kłopot z tym jednak, że aparat do zwalczania korupcji sam musi zostać prędzej czy później skorumpowany w społeczeństwie opanowanym przez etos korupcyjny.

Czy znaczy to, że sprawa jest beznadziejna? Nie znaczy. Ale znaczy, że sprawa korupcji leży po stronie akceptowanych społecznie wartości. Jeśli nie zmienimy skali wartości i podsuwanych na tej podstawie społecznych wzorców, nie zmniejszymy też skali korupcji. Co powtarzam także przy wielu innych okazjach z pijanym, jak mawiał Kisiel, uporem, właśnie tak traktowane jest to moje gadanie.

KKT

Wydanie: 2000 9/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy