Władza Kaczyńskich?

W roku 1955, a więc już 49 lat temu, Raymond Aron, francuski filozof, opublikował głośną książkę „Opium intelektualistów”, która w polskim, wówczas emigracyjnym przekładzie nazywała się „Koniec wieku ideologii”. Nie sądzę, aby zbyt wielu ludzi czytało rzeczywiście tę książkę, ale jej tytuł przypadł do gustu i stał się sloganem. Odtąd więc, aż do dzisiaj, koniec wieku ideologii uważa się za pewnik.
Tymczasem początek XXI w. zdaje się podważać to przekonanie. Przykładem tego są m.in. niedawne wybory amerykańskie. Otóż niemal wszyscy poważni komentatorzy tego zdarzenia zwracają uwagę, że w przeciwieństwie do lat poprzednich były to wybory najbardziej zideologizowane, w których nie kolor krawata czy sprawność w opowiadaniu dowcipów, lecz przywiązanie do określonych wartości decydowało o oddawaniu przez wyborców głosu na kandydatów do prezydentury. John Kerry, kandydat Demokratów, był w istocie słabym kandydatem, z rozczarowaniem wysłuchałem jego pożegnalnego przemówienia do wyborców, o kwalifikacjach zaś umysłowych George’a W. Busha od lat już krążą setki anegdot i nawet jego matka była szczerze zdumiona, kiedy wybrano go na gubernatora Teksasu.
Ale w wyborach tych zderzyły się ze sobą dwie Ameryki kierujące się innymi systemami wartości ideowych. Ameryka liberalna, stawiająca na wolność i prawa jednostek, a także otwarta i pozbawiona ksenofobii, co widać zarówno w jej stosunku do wojny w Iraku, jak i do Europy, z Ameryką fundamentalistyczną, stawiającą na restrykcyjną moralność, świętość rodziny i własności – w której obronie zwolennicy Busha bronią wolnego dostępu do broni palnej dla każdego – a także bigoteryjną i imperialistyczną. Badania pokazują, że 90% wyborców Busha to ludzie regularnie chodzący do różnych kościołów, z których spora część uważa, że panowanie nad światem jest po prostu misją powierzoną Ameryce przez Boga.
Zwycięstwo Busha w tych wyborach jest – wbrew głoszonym oficjalnie poglądom – złą wiadomością dla Polski. Oznacza ono po prostu, że nasz krajowy prawicowy fundamentalizm znajdzie przychylne echo za oceanem, a wybryki polskich europosłów domagających się krzyży i kaplic w instytucjach Unii Europejskiej spotkają się tam ze zrozumieniem.
Bo przecież i u nas, i to w błyskawicznym tempie, nasila się ostra konfrontacja ideologiczna, której przedmiotem jest ni mniej, ni więcej tylko kwestia demokracji, a więc koncepcji całkowicie ideologicznej, odwołującej się nie tylko do konkretnych rozwiązań społecznych czy ustrojowych, lecz także do ideowych zasad, jak wolność, równość, braterstwo.
Nie pozostawia co do tego żadnych złudzeń obszerny wywiad p. Jarosława Kaczyńskiego opublikowany w „Polityce”. Jestem wdzięczny p. Kaczyńskiemu, że w wywiadzie tym mówi, iż ze mną w żadnej sytuacji współpracować nie będzie, choć nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek kierował w jego stronę chęć współpracy; dobrze jednak, że obaj jesteśmy tego samego zdania. Bowiem gmach, który po zwycięstwie wyborczym zamierza on wznieść w Polsce, jest ze wszech miar odrażający.
Jego fundamentem jest „głęboka dekomunizacja”, ponieważ wszystkie afery, nieprawości, korupcja, a także system gospodarczy Trzeciej Rzeczypospolitej jest, jego zdaniem, rezultatem tego, iż w odpowiednim czasie nie wypalono wystarczająco głęboko wszystkich pozostałości po Polsce Ludowej, organizując zamiast tego Okrągły Stół (przy którym p. Kaczyński zresztą siedział) i pokojową zmianę ustroju.
Nie wiadomo, jak głęboko chce wypalać p. Kaczyński. Pozbawić byłych członków partii praw obywatelskich? Skonfiskować mienie, którego już w Trzeciej Rzeczypospolitej dorobili się dawni dyrektorzy, ekonomiści czy ludzie aparatu władzy? Zlustrować wszystkich, którzy pracowali w Polsce Ludowej?
„Idę na Polskę robić porządek” mówi w „Skumbriach w tomacie” Gałczyńskiego „staruszek z pieskiem”, w którego rolę wciela się teraz p. Kaczyński. Natomiast sam „porządek” wyglądać ma w ten sposób, że – oprócz podziału obywateli na lepszych i gorszych – likwidacji ulec mają wszystkie podstawowe instytucje i zasady uważane w tradycji europejskiej za fundamenty demokracji. Należy tu zwłaszcza, wymyślony przez Monteskiusza i nie bez trudu wdrożony we wszystkich krajach demokratycznych, podział władz na ustawodawcze, wykonawcze i niezawisłe władze sądownicze, co p. Kaczyński uważa jednak za adwokackie krętactwo, które uniemożliwia rządzenie. Z powodu przywiązania do tych monteskiuszowskich zasad do współpracy z p. Kaczyńskim nie nadaje się zresztą też, jak czytamy w wywiadzie, prawnik prof. Zoll, rzecznik praw obywatelskich.
Tego samego zdania były systemy totalitarne, gromadzące pełnię wszystkich władz w ręku führera lub duce, a także system stalinowski, w którym partia sama tworzyła ustawy, wykonywała je i sądziła ich rezultaty.
Niezrażony pokłosiem dotychczasowych komisji śledczych p. Kaczyński postuluje także, aby Polską rządziła w permanencji tajemnicza superkomisja, częściowo wyłaniana przez Sejm, ale uzupełniana przez „autorytety” (do których ja właśnie się kompletnie nie nadaję) gotowe nie oglądać się na przepisy prawa i konstytucję, która oczywiście musi być gruntownie zmieniona. Taką superkomisją była swego czasu Czeka, organ założony w ZSRR przez Dzierżyńskiego po to, aby bez oglądania się na przepisy prawa wykańczać prawicowych Kaczyńskich. Obecnie ma być podobnie, tylko na odwrót.
I tak dalej. Można uznać wywiad Jarosława Kaczyńskiego za majaczenie, chociaż owemu majaczeniu coraz głośniej wtórują nie tylko Jan Maria Rokita, czego można się było spodziewać, ale i uchodzący dotąd za umiarkowanego Donald Tusk, a więc obecni kandydaci do władzy. Niestety jednak historia zna już kilka takich niepoczytalnych majaczeń, wypisywanych przez niepoczytalnych demagogów, które ni stąd, ni zowąd stawały się ciałem. Czasami nawet stosami ciał.
Tak więc za codzienną szamotaniną i powszednim błotkiem, którym obrzucają się politycy i partie, rysuje się oto w Polsce podstawowy konflikt pomiędzy demokracją, a fundamentalistyczną prawicą. Konflikt ideologiczny. Jest on nieporównanie ostrzejszy niż w USA, gdzie przecież nawet Bush nie kwestionuje praw Kongresu ani władzy Sądu Najwyższego, którym umie zresztą dość zręcznie manipulować. Jest to konflikt zasad i wartości. Ale jest to również konflikt, który dotyczy każdego z nas. Naszych upodobań, stylu życia, naszego poczucia swobody i bezpieczeństwa zarazem.
Kaczyńscy obiecują nam bezpieczeństwo na ulicy. Nigdy dotąd nie mówili jednak tak głośno o tym niebezpieczeństwie, jakim może się stać dla Polski, która mimo wszystko wchodzi jednak na drogę europejskiej demokracji, władza Kaczyńskich.

 

Wydanie: 47/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy