Sierota po książce

Sierota po książce

Nie jest miło być sierotą po książce, która się skończyła. Koniec świata. Przeczytane. Zamknięte. Poczułam się oszukana. Więc pomyślałam – w porządku, wykonam pierwszy ruch, dam szansę temu światu, niech pokaże, co ma. Poszłam w miasto, spotkałam stuletnią staruszkę, zasuszoną w sobie, skurczoną jak rodzynka. Jadła przed sklepem loda śnieżkę w wafelkach, zamiatała małym, drewnianym patyczkiem z taką wolą życia, takim głodem, zachłannie, że się zawstydziłam swojej samotności po książce, rzekomego porzucenia, kaca po powieściowej bani. Zrobiłam w tył zwrot i wtedy uśmiechnął się do mnie morderca. Skin przeraźliwy, straszliwy, łysy, w czarnej kurtce w ten jasny dzień. Z nogami rozstawionymi i ramionami bulwiastymi. Więc nagle on uśmiecha się do mnie jak bączuś, mały cieplak jakiś. Nie wiedziałam, jak się zachować.
Wróciłam do domu, podeszłam do regału. Szukam nowych książek. Nie jest łatwo, bo ta ostatnia jeszcze emanuje, jeszcze jakiś czas żyje, jeszcze nią mówię i nią patrzę. Życie po książce nie jest łatwe – wraca do nas w całej swojej straszliwej pełni, przeraźliwie jasne. Bez iluzji i baśni. I zanim druga książka zacznie w nas rosnąć, pierwszą musimy przetrawić. Trochę trwa ta rekonwalescencja. Są pisarze, języki, światy tak intensywne, tak sugestywnie wykreowane, że miłość do innej książki wydaje się niemożliwa. Na przykład powieści Philipa Rotha – jego precyzja i chłód, bezpośredniość i lapidarność. Po lekturze „Konającego zwierzęcia” i „Dziedzictwa” powieści innych autorów wydają się męczące, miałkie i przegadane. Denerwuje nas sztuczność, rozwlekłość, niepotrzebne dywagacje. Roth nas skutecznie uwodzi charakternym stylem i inteligencją. Podobnie Michel Houellebecq. Przez jakiś czas po lekturze, póki czar nie osłabnie, wydaje się, że to jego koncepcja człowieka jest najbardziej przejmująca, czujna i uczciwa. Że to on postawił najbardziej przenikliwą diagnozę, powołując do życia bohatera cynicznego i sentymentalnego jednocześnie. Rozwiązłego, lecz szukającego miłości pesymistę w świecie pozbawionym wartości. Jego styl polegający na łączeniu wysokiego, naukowego tonu wielkich kwantyfikatorów z wulgarnością i prostotą sprawia, że wszystko inne wydaje się błahe. Albo Doris Lessing z jej wnikliwą psychologią i obrazowaniem tak filmowym, że to, co opisuje, staje się niemal trójwymiarowe. Na szczęście ona przynajmniej napisała sporo książek. Ale i te prędzej czy później się wyczerpują i czytelnik – taki rozkochany, brzydko mówiąc, rozgrzany, pobudzony – zostaje na lodzie.
Pół biedy, jeżeli jest poligamistą i łatwo nawiązuje kontakty. Gorzej, jeśli jest wybredny. Wtedy na głodzie włóczy się po księgarniach w poszukiwaniu swojego narkotyku, wciąż niezadowolony, kupuje książki, które rozczarowany porzuca po 20 stronach. Ostatnio zdałam sobie sprawę, jak wiele wyborów czytelniczych dyktuje snobizm. Wpadła mi w ręce książka Elisabeth Gilbert „Botanika duszy” z jakimiś roślinkami na okładce. Tytuł wydał mi się tak pretensjonalny, a okładka tak kiczowata, że z ociąganiem siadałam do lektury (książkę musiałam przeczytać ze względów zawodowych). Szybko wciągnął mnie świat brzydkiej, bogatej dziewczynki, obdarzonej wybujałym temperamentem seksualnym i wybitnym umysłem. Wkrótce jej ulubionymi czynnościami stały się studia nad mchami oraz onanizm w składziku introligatorskim. Ojciec – cwaniak, handlarz i awanturnik – opowiadał dziewczynce o syrenach i diamentach wszytych pod skórę na wypadek porwania. Ta postać groźnego, ale i czułego wielkiego Dyzmy udała się Gilbert niespodziewanie dobrze. Podobnie jak atmosfera tej wielkiej epickiej powieści, która ma w sobie elementy powieści podróżniczej i Bildungsroman. Owszem, książka osuwa się miejscami w kicz, ale to drobiazg w porównaniu z tym, ile radości daje śledzenie życia brzydkiej, mądrej realistki, mającej nieszczęście kochać się w pięknych teoriach i ideach, w które nie wierzy, i w mężczyznach, z którymi nigdy nie będzie mogła żyć. Jest w tej powieści scena, kiedy kobieta budzi się w chacie na Tahiti i czuje zapach krwi. Zdaje sobie sprawę, że to pies, obcy pies, który wszedł do tego domku bez drzwi i szczekał na nią całą noc. Jest w niej cały smutek tropików, samotność zdezorientowanego Europejczyka, lęk i fascynacja tym, co obce. Ponadto Gilbert, pisząc bądź co bądź globalny bestseller, całkiem nieźle radzi sobie z językiem (ukłony dla tłumaczki Ewy Ledóchowicz). Po prostu umie pisać. Po wielu nieudanych eksperymentach, które dane mi było śledzić, jakie to odświeżające.
 

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy