Wirus postępowy

Najsłynniejszą w mediach chorobą jest SARS. To nic, że stare, znane już choróbska zbierają większe żniwo niż nowy azjatycki wirus. Co z tego, że w Afryce umiera co miesiąc więcej dzieci na malarię niż do tej pory wszystkich na SARS. Ten tajemniczy wirus znakomicie buszuje w mediach i wolnorynkowej gospodarce. Zabija skuteczniej system niż ludzi.
W Chinach długo jeszcze będzie się mówiło o czasach „przed i po SARS”. Wirus zabił tam bowiem tradycję przemilczania niewygodnych dla władzy państwowej wydarzeń. Zaraził i osłabił cenzurę państwową. Niezależnie od ofiar, jakie wirus już spowodował, po SARS system cenzury w Chinach nie będzie już tak szczelny. Władze wiedzą, że nie opłaca się zatajać informacji o katastrofach, epidemiach, awariach łodzi podwodnych, powodziach spowodowanych ludzką ingerencją w środowisko naturalne.
SARS zahamował rozwój gospodarczy w Chinach, zwłaszcza w Hong Kongu. Odwołano targi, przyjazdy, konferencje biznesowe. Ale powstał też przemysł związany w antysarsową profilaktyką. Miliard Chińczyków na kontynencie i w państwach sąsiednich, miliony Wietnamczyków, Tajów i Australijczyków to znakomity rynek na maseczki. Produkt podobno przed wirusem chroniący. Tak czy siak, lepiej je kupić, niż życie stracić. Zwłaszcza że oferty są coraz bardziej twarzowe, fikuśne, zindywidualizowane. Dla pań starszych i młodszych, dla poważnych biznesmenów i rockandrollowców. Czy jak SARS minie, to maseczki pozostaną?
Przy okazji walki z SARS w Chinach rozpoczęto kampanię likwidacji zwyczaju plucia na ulicach. Odruchu jak najbardziej tam zdrowego. Wyrąb lasów, pustynnienie gleby i silne wiatry sprawiają, że człowiek stale wdycha pył. No i musi go wydalić. Plucie wzbudzało odruchy wymiotne u nie-Chińczyków. Teraz pluć zakazano, bo podobno w ten sposób SARS się rozpowszechnia. No i powstał dylemat, co jest wartością lepszą. Wolność słowa czy wolność plucia? Podejrzewam, że wielu mieszkańców Państwa Środka wybrałoby wolność spluwów.
Epidemia SARS to kop dla koncernów medycznych. W zeszłym tygodniu japońscy przedsiębiorcy ogłosili, że wyprodukowali już skuteczny test potrafiący rozpoznać SARS. Test na SARS w tamtej stronie świata może być bardziej pokupny niż test ciążowy. Stąd wysiłek umysłowy japońskich koncernów. Wszystkich jednak przebili rosyjscy uczeni. Ich odkrycie wywołało wesołość, ale ich wyniki mogę poświadczyć, całkiem serio.
W styczniu tego roku przewodziłem delegacji polskiego parlamentu w Chinach. Byliśmy także w zarażonej prowincji Guangdong. W stolicy prowincji, Kantonie, w miastach Zhuhai i Shenzhen. No i w Hong Kongu, światowym centrum SARS. Wtedy SARS już tam był obecny, ale informacje o wirusie i zachorowaniach skrywano. Nikt z delegacji jednak nie zachorował ani wirusów do kraju nie przywiózł. Czemu? Zagadkę wyjaśnia akademik Anatolij Worobiow dyrektor Wydziału Mikrobiologii i Immunologii Akademii Medycznej w Moskwie.
Otóż twierdzi on, że spożycie codziennie 70 g alkoholu zapobiega zawałowi, wylewom krwi do mózgu, no i zarażeniu SARS.
Japończycy proponują Chinom test na SARS. Nasz kraj ma corocznie miliard dolarów USA deficytu w handlu z Chinami. Nie znam skuteczności japońskich testów. Skuteczność polskiej żubrówki jest dla mnie bardziej wiarygodna. Nie jako terapia, rozpoznanie, lecz cenniejsza profilaktyka.
Ale pewnie znowu stracimy szansę wypromowania narodowego produktu. Jak wiele razy wcześniej. Ciągle brakuje trzeźwego myślenia.

Wydanie: 21/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy