Mit i Mietek

Mit i Mietek

Szukają go, jak tylko się obudzą. Szukają go w bibliotekach, w historycznych księgach, na starych obrazach. W piwnicach domów i na strychach uniwersytetów. W kościołach i na cmentarzach. Szukają go w języku. Naukowcy z różnych dziedzin, filozofowie, pisarze. Szukają we Wrocławiu mitu. Bo każde miasto musi mieć porządny mit, a najlepiej kilka. To automatyzm, przesąd albo właśnie mit kultury – miasto bez mitu jest jak Kapitan Hak bez haka, Staś bez Nel, jak prezydent Duda bez pani premier. Skąd ta mitomania? Żeby zyskać tożsamość, żeby ego zbiorowe zbudować lub wzmocnić. Mit jest jak plemienny totem. – Zobaczcie, jakie ładne mity mają inne miasta: Kraków, Warszawa czy Gdańsk – mówią naukowcy. – Tylko dwa miasta nie mają mitu: Szczecin i Wrocław. I z tego powodu nie są to miasta prawdziwe.

Poruszeni tym do głębi intelektualiści powołują księgi, zatrudniają reporterów, poetów – któż do strojenia mitów lepiej się nadaje? Wreszcie organizują konferencje naukowe, podczas których wszyscy „sięgamy głębiej”, do czasu pierwszych powojennych przesiedleń. We Wrocławiu wtedy naprawdę się działo. Pojawia się hasło „wielki szaber” i propozycja, by uczynić z tego jakiś mit. Ale czy chcielibyśmy mieszkać w mieście złodziei? Choć Miasto Złodziei nazywa się ładnie, to już widzę te zatroskane twarze! Trudno takie coś wrzucić na koszulkę, do sklepu z pamiątkami. Już lepiej na okładkę powieści, lecz raczej np. hiszpańskiej (nie polskiej).

Obsesja mitu staje się upiorna. Miasto ma krasnoludki, ale nie jest to prawdziwy mit, bardziej mitek czy Mietek. Mietek sympatyczny zresztą, bo eksplorujący historię Pomarańczowej Alternatywy i słynnych antysystemowych happeningów, ujmująco ośmieszających pancernych panów, którzy zmuszeni byli aresztować… krasnoludki. Krasnoludki jednak wchłonął już marketing miejski, już nastąpiła pełna pogróżek medialna kłótnia między liderem Pomarańczowej – Waldemarem Fydrychem a miastem. Wydzierano sobie krasnoludki. Wszyscy wiedzieli bowiem, że rzecz ma potencjał komercyjny i mitotwórczy. Tymczasem krasnoludki rozmnożyły się i jest ich w mieście jak mrówków. No, ale nie chcę przecież podśmiewać się z mitku, który – kto wie – pewnego dnia okaże się kluczowy, przyjdzie i da mi w zęby, ot co!

Ech, lata 80. we Wrocławiu… W poszukiwaniu mitu czytam ponownie „Niskie Łąki” Piotra Siemiona. Czarne wznowiło je, wydając dzienniki Siemiona („Dziennik roku Węża”). Natychmiast znów wpadam w ten świat. Wrocław: koncerty w betonowym schronie pod jazem, alkoholowe prywatki w Śródmieściu, jakieś bramy, mieszkania. Kąpiele w rzekach i nocnych, zamkniętych basenach. A w kontrze aresztowania, komisariaty, nierówne płyty chodnikowe, wiaty przystanków tramwajowych, kolejki. Piosenki zespołu Miki Mousoleum i szablony grupy Luxus na murach. Mitem Wrocławia jest kontrkultura – cały trochę burleskowy, trochę surrealistyczny, trochę pop-artowy Luxus, grupa artystyczna, która – nawiązując do amerykańskiego Fluxusu – deklarowała jednocześnie, że „uprawia przede wszystkim działalność towarzyską”, organizuje wystawy i „wdaje się w dyskusje”.

Kiedy czytałam tę książkę po raz pierwszy, byłam nastolatką i wzruszała mnie przede wszystkim nostalgiczna, surrealna historia miłosna. I to wolnościowe życie artystów – Manhattan oglądany oczami młodego filmowca. Teraz czytam ją raczej jako poruszającą opowieść o polskiej emigracji, „pękniętym garnku”, który rozpadł się, rozrzucając odłamki w różne strony. Ale już wtedy zachwycał mnie język tej powieści: rozpędzony, metaforyczny i kolokwialny, bezkompromisowy i po prostu bardzo piękny. Nie wstydzę się. Stare, dobre kategorie estetyczne świetnie się przydają w budowaniu mitu. Tylko czy władza zechce taki mit przyjąć, czy tego szuka? Musi wiedzieć – on idzie skądinąd – czasem spod ziemi, spod rzeki, z koczowiska Romów, z pachnących trawką pracowni.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy