Jeszcze o pomnikach

Jeszcze o pomnikach

Napisała przed miesiącem w „Wyborczej” Magdalena Środa: „Wielu jest przekonanych, że w Warszawie nie powinien stać pomnik Feliksa Dzierżyńskiego i dobrze się stało, że rozerwano go na strzępy. Ja uważam, że trzeba było go zostawić wraz z tablicą, która upamiętniałaby nie tylko jego zbrodnie, ale i system, który zbrodnie te traktował jako zasługi”. Brzydzę się rozrywaniem czegokolwiek na strzępy, wszelako tutaj jestem jednym z tych „wielu przekonanych”. A dlaczego? Już tłumaczę. Pomnik jest przypomnieniem i patetycznym wyróżnieniem zasług dla miejsca, kraju i narodu tej osoby, którą obrazuje. Bez względu na ocenę działań Dzierżyńskiego ani Warszawie, ani Polsce niczym się nie zasłużył. Kto go ceni na miarę monumentu, niech go sobie honoruje. W stolicy Rzeczypospolitej obecność jego pomnika niczym jednak się nie tłumaczy poza chęcią podlizania się władzom radzieckim, czyli politycznego zniewolenia. Można też mieć zastrzeżenia do pomnika de Gaulle’a, który, owszem, młodym porucznikiem będąc, przebywał krótko nad Wisłą i podrywał miejscowe panienki, lecz jako polityk ratował później z Londynu honor Francji, nie Polski, a objąwszy władzę, prowadził, co jest jak najbardziej zrozumiałe, skrajnie frankocentryczną politykę i wolał flirtować z Kremlem, niż ronić zbędne ze swojego punktu widzenia łzy nad losem Lechitów za żelazną kurtyną. Skądinąd ani pomnik Dzierżyńskiego, ani de Gaulle’a nie wrosły nigdy w pejzaż ani tradycję stołecznego miasta. Ten drugi nie przywodzi jednak negatywnych konotacji, niechże więc sobie stoi. Jestem w tym względzie bardzo tolerancyjny.

Przed parlamentem fińskim w Helsinkach stoi posąg cara Aleksandra II. Był on wprawdzie niewątpliwym okupantem kraju, ale otworzył ów parlament i na tyle rozumiał narodowe aspiracje Finów, że – jak pisze Osmo Jussila – „za jego panowania fińskie Zgromadzenie Państwowe postępowało tak, jakby Finlandia pozostawała jedynie w unii dynastycznej z Rosją”. Pozytywy na tyle przewyższały strony negatywne, że Finowie postanowili oddać Aleksandrowi II cześć utrwaloną w spiżu. Ważny okazuje się bilans. Jest to w jakiejś mierze podobne do sytuacji żołnierzy radzieckich padających na polskiej ziemi w walce z hitlerowcami. Nie wspominając o ofierze krwi (choć moralnie pominąć jej nie sposób), jeżeli nawet uznamy, że przynosili do Polski podporządkowanie Moskwie, to zbawiali nas – tu nie ma żadnej możliwej dyskusji – od czegoś nieskończenie gorszego, niech o tym świadczą otwierające się na nowo drzwi polskich szkół, odbudowa z ruin, fakt, że przestały dymić kominy obozów zagłady itd. Dlatego niszczenie pomników tych sołdatów sprzed i zza Uralu jest podyktowanym doraźnymi gierkami politycznymi skończonym barbarzyństwem.

Zdaję sobie wszakże doskonale sprawę, że polskim problemem monumentalnym jest dzisiaj nie to, tylko urągający przeważnie estetyce wysyp, względnie wysypka, oba słowa pasują, pomników Jana Pawła II, Lecha Kaczyńskiego, a w kolejce stoi ponoć Piłsudski. Pierwszy był przeciętnym papieżem, za to Polakiem, i stoi za nim Kościół; drugi przeciętnym prezydentem, ale tragicznie zeszłym i korzystającym z protekcji kochającego brata i jego partii. Odłożywszy na bok estetykę, nie sprzeciwiałbym się nawet, gdyby nie nieznośny narodowy przesadyzm. Znaj proporcją, mocium panie. Więcej ci się u nas buduje dzisiaj Kaczyńskich niż izb dla bezdomnych. Co prawda, Gavroche mieszkał w posągu przedstawiającym słonia, ale czy pozwolono by mu gnieździć się w brzuchu byłego prezydenta?

Wbrew Magdalenie Środzie wydałbym tu nie tylko zakaz mnożenia monumentów, ale i dotychczas postawione nieco przetrzebił. Także dla uniknięcia wysypki mózgowej, ogłupiania i ośmieszania Rzeczypospolitej. Wszelako ogólnie się z nią zgadzam. Niestety, tylko do momentu, kiedy wychodzi z niej fanatyczna feministka. Pisze oto pani profesor pod śródtytułem „Jak uczcić ofiary tych, którym stawiamy pomniki”: „Mamy w Warszawie popiersie Napoleona, zdobywcy, wielkiego wodza, nadziei Polski rozbiorowej. Ale to jedynie pół jego biografii. Napoleon podbijał, grabił, zdradzał. (…) Wykorzystywał też seksualnie wiele kobiet. Dlaczego więc – gwoli prawdy – nie opatrzyć pełnym komentarzem jego popiersia, wspominając o ofiarach jego ambicji. Powinno się też postawić (obok) popiersie Marii Walewskiej z napisem: »Walewska, dar polskiego narodu dla Napoleona. Bezbronna ofiara molestowania seksualnego«”.

Śpieszę poinformować panią profesor, że to kobiety wpychały się Napoleonowi do łóżka tak nachalnie, iż mameluk Roustam Raza dostał nawet specjalną instrukcję, jak przepędzać spragnione wdzięków boga wojny, a nie odwrotnie. Jeżeli natomiast chodzi o panią Walewską, którą rodzina wydała za starszego o 50 (sic!) lat Atanazego, to w przeciwieństwie do jej krewnych i znajomych cesarz zachował się wobec niej z pełną dżentelmenerią, a na dalszych etapach romansu to raczej ona była stroną natarczywą. Atoli prof. Środzie do głowy nie przychodzi, że szanowne panie mogą molestować seksualnie faceta, a jeśli nawet, jest to o wiele mniej naganne i właściwie niewarte wzmianki. Nie pisałbym o tym, gdyby nie myśl pokrętna, że gdyby magnat Jankowski gwałcił dziewczynki, to w swoim seksizmie à rebours byłaby nasza moralistka bardziej surowa, a tak, gdy chodzi o chłopców, wystarczy jej tablica: „Prałat Jankowski, spowiednik »Solidarności«, przestępca seksualny”. Pomijając już, że nie istnieje nic takiego jak spowiednik organizacji (spowiednik królewski to spowiednik konkretnej osoby), a przestępcą ogłasza sąd, w przypadku tym najlepiej jednak statuę zburzyć, choć wobec pań był ponoć bursztynowy łajdak najzupełniej OK.

Wydanie: 3/2019

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy