Boicie się czarnego luda?

Sześć miesięcy po wyborach do Sejmu, które były okresem szarpaniny, sztucznie podsycanych kryzysów, straszenia nowymi wyborami, a także coraz odważniejszego odsłaniania przez partię braci Kaczyńskich jej prawdziwych zamiarów – z cenzurą, tresurą patriotyczną w szkołach i lustracją do trzeciego pokolenia, bo tylko w ten sposób da się wyśledzić zatrute KPP-owskie korzenie – widać już dokładnie, kto jest właściwym zwycięzcą tych wyborów.
Jest nim oczywiście Andrzej Lepper. Lepper trzyma w ręku klucz do dalszego istnienia rządu Kazimierza Marcinkiewicza. Lepper jako członek tego rządu będzie mógł w każdej chwili go opuścić, umywając ręce w chwili, gdy notowania PiS i Marcinkiewicza spadną. Lepper wreszcie jest dzisiaj nieporównanie bliżej swego właściwego celu, jakim jest dla niego prezydentura RP, niż był kiedykolwiek dotąd.
O zwycięstwie Leppera informuje nas prasa, czyniąc to w sposób osobliwy, a mianowicie mnożąc codziennie zarzuty i oskarżenia, które mogłyby go zatrzymać. Lament z powodu zbliżania się Leppera jest jednak bezskuteczny.
Co z tego bowiem, że przepisy zabraniają udziału w rządzie osobom karanym z oskarżenia publicznego? Rząd będzie musiał wymyślić jakiś sposób, aby je obejść. To co, że Lepper jako watażka ludowy wysypywał kiedyś zboże z wagonów? Za czasów komuny robotnicy Ursusa przylutowali wagon kolejowy do szyn, a senator Niesiołowski chciał wysadzić w powietrze pomnik i uchodzi to dzisiaj za czyny patriotyczne, dlaczego więc wysypywanie importowanego z zagranicy zboża w obronie krajowych rolników nie miałoby być tym samym? Co z tego, że Lepper posługuje się niekiedy mocnym słowem, skoro robią to wszyscy, włącznie z autorem zwrotu: „Spieprzaj, dziadu!”, który dzisiaj piastuje najwyższy urząd w państwie? To co, że Lepper nie ma uniwersyteckiego wykształcenia, skoro mieliśmy już prezydenta, przy którym edukacja Leppera może uchodzić za Sorbonę? Co z tego, że Lepper wielokrotnie wypowiadał opinie antyeuropejskie, skoro Komisja Europejska już dzisiaj wysłała sygnał, że nie będzie przeciw niemu protestować, lecz jedynie przyglądać się jego działalności?
Na dnie wreszcie wszystkich zarzutów przeciwko Lepperowi kryje się staropolski podział na panów i chamów albo dokładniej: na „nas panów” i ” ich chamów”, będący patologiczną spuścizną po państwie, w którym 10% ludności należało nominalnie do stanu szlacheckiego, niezależnie od swojej majętności, wykształcenia i kultury. Z Leppera robi się więc symbolicznego „chama”, który pcha się na urząd w „pańskiej” Polsce. Granie na tej nucie zawsze może liczyć na pewien oddźwięk w polskim społeczeństwie, które nigdy nie przeżyło rewolucji antyfeudalnej, a ponieważ jest biedne i niepewne siebie, chętnie czepia się wszelkich tytułów do chwały, choćby w postaci urojonego klejnotu szlacheckiego. Ale już przed wojną bezskutecznie stosowano podobne sztuki wobec Wincentego Witosa, choć przyznać trzeba, że Witos odparowywał je lepiej niż Lepper i zamiast opalać się na solarium, chodził po Sejmie w butach z cholewami i w koszuli bez sztywnego kołnierzyka, co podkreślało chłopskość, która była jego potęgą.
Lepperem straszy się jako „populistą”, choć nie wiadomo, co to właściwie znaczy. Jeśli zaś znaczy obawę, że zahamuje on kurs liberalnych reform rynkowych, jest to gruba pomyłka. Lepper bowiem nie reprezentuje bynajmniej biednej i zdegradowanej wsi polskiej. Zarówno on, jak i jego otoczenie należą do klasy wielkich kapitalistów wiejskich, o wielesethektarowych gospodarstwach rolnych lub hodowlanych i upatrywanie w nich przeciwników wolnego rynku jest śmieszne. Mało kto również pamięta dzisiaj, że początkowy bunt Samoobrony też nie był wcale buntem chłopów, od których nikt już nie chciał kupować kartofli, jabłek czy żywca, ale był to protest przedsiębiorców wiejskich, którzy zaciągnęli kredyty inwestycyjne i zostali oszukani przez zmianę stóp procentowych, wprowadzoną przez Balcerowicza.
Piszę to wszystko nie po to, abym chciał namawiać kogokolwiek na Leppera, ale dlatego, że taka jest prawda. Jeden z moich przyjaciół twierdzi, że wszystko, co oglądamy obecnie na polskiej scenie politycznej, jest kto wie, czy nie najwierniejszym odwzorowaniem rzeczywistego układu sił, poglądów, emocji i dążeń społeczeństwa polskiego, a na tym tle Lepper nie tylko nie jest żadną anomalią, lecz przeciwnie, jest składnikiem naszej rzeczywistości.
Ma też nawet pewne zalety. A więc nie jest zaperzony ideologicznie, co grozi nam najbardziej. Jest umiarkowanie klerykalny, tyle akurat, co większość społeczeństwa. Jest umiarkowanie antyeuropejski, tyle, ile wynika z walki konkurencyjnej polskiej drobnej przedsiębiorczości z zachodnimi koncernami. Nie przypominam też sobie, abyśmy słyszeli od niego argumenty antysemickie, na które znowu nastaje sezon. Jego oryginalnością są natomiast przychylne opinie o PRL-u i jego osiągnięciach społecznych, na co rzadko zdobywali się nawet tak zwani postkomuniści. Jego oryginalnością jest także nieskrywana dążność do dobrych stosunków ze Wschodem, nie tylko z Ukrainą, co jest obecnie w modzie, ale także z Rosją, a nawet z Białorusią. A że w Rosji spotyka się raczej z Żyrinowskim, to taka już jego fantazja. Jeśli wreszcie czytam obecnie w prasie gorący apel grona naukowców, aby dopuścić wreszcie do Polski genetycznie modyfikowane nasiona i rośliny, to przy całym szacunku dla tytułów naukowych żywię jednak nadzieję, że być może właśnie Lepper jako minister rolnictwa albo wicepremier sprzeciwi się temu, ponieważ w oporze wobec manipulacji genetycznych w rolnictwie i hodowli tkwi szansa naszej gospodarki rolnej, która ciągle jeszcze może pozostać naturalna i ekologiczna. Jedyna taka w Europie.
Wrzawa wokół Leppera, straszenie Lepperem jako czarnym ludem jest owocem dezorientacji, jaka panuje na naszym rynku politycznym. Trudno, aby było inaczej, skoro główna rywalizacja odbywa się pomiędzy dwiema partiami, które są do siebie bardzo podobne, chociaż przebierają się w rozmaite kostiumy, to mniej, to bardziej liberalne, to mniej, to bardziej religijne, to mniej, to bardziej narodowe. I, co najbardziej absurdalne, obie ciągle myślą o tym, czy zamiast boczyć się na siebie, nie zawrzeć sojuszu i nie stworzyć wspólnego rządu. Świadczy to o tym, jak pozorne są różnice między PO a PiS i jak bardzo rozczarują się wszyscy, którzy w nie uwierzą.
W tych warunkach Lepper staje się tematem zastępczym, pozwalającym zająć uwagę opinii. Nadaje się do tego znakomicie, choć nie jest on wcale ani gorszy, ani bardziej straszny niż reszta uczestników gry politycznej. A nawet uśmiecha się częściej niż pozostali.
Być może dlatego zresztą, że on jeden ma naprawdę powody do śmiechu.

 

Wydanie: 17-18/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy