„Miś” na prezesa

„Miś” na prezesa

No i znowu mamy coś z „Misia”. Tym razem z deszczem i dachem w rolach głównych. Możemy więc zaśpiewać „Łubu dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu” na cześć klubu bardzo ważnych osób, które nie mogły się dogadać, czy rozwinąć dach nad Stadionem Narodowym czy nie. Później zaśpiewamy na cześć tych, którzy podjęli decyzję o wydaniu pieniędzy na dach tak ułomny, że szkodzi mu prawie wszystko, co przynosi pogoda w Polsce. A najgłośniej trzeba by zaśpiewać ku chwale tych, którzy za budowę Stadionu Narodowego już wzięli ogromne premie albo właśnie się o nie procesują.
Kibice tradycyjnie winą za wszystko obarczyli PZPN, a opozycja, o której najtrudniej przychodzi powiedzieć, że grzeszy mądrością, na kozła, a precyzyjniej na sarnę ofiarną wytypowała ministrę Muchę. Wychodzi więc na to, że opozycja – bez względu na ideologię, bo na Joannę Muchę polują i PiS, i lewica – chce żyć w takim kraju, gdzie minister sportu będzie osobiście odpowiadał za guzik otwierający dach warszawskiego stadionu. No cóż, jaki kraj, taki guzik. Amerykanie i Rosjanie mają guzik atomowy, a my stadionowy. A jeśli do władzy wróci PiS, proponuję podnieść rangę osoby mającej dostęp do tego guzika z ministra na premiera.
Politycy, którzy z powodu dachu domagają się dymisji pani ministry, sami się eliminują z poważniejszej debaty. A byłoby przecież o czym mówić, bo zbyt często grzeszyła ona ignorancją, by wierzyć, że polski sport ma w niej sprawnego lidera. Choć oddając jej sprawiedliwość, trzeba powiedzieć, że na tle tak egzotycznych poprzedników jak Jacek Dębski zamordowany w porachunkach gangsterskich, Tomasz Lipiec skazany za korupcję czy Mirosław Drzewiecki odwołany po aferze hazardowej obecna szefowa sportu nie przynosi takiego wstydu jak oni.
Wymienieni przeze mnie byli ministrowie oprócz tych działań, które doprowadziły ich do zguby, mieli jeszcze jedną pasję. Walczyli o odnowę moralną polskiej piłki. W archiwach jest pełno wypowiedzi dowodzących, że bez nich nic w PZPN się nie zmieni. Zważywszy na to, kto to mówił, a zwłaszcza co robił, bo przecież do związku wysłano kuratorów, prokuratorów i egzekutorów skarbowych, mamy teraz tego sobiepaństwa konsekwencje. Z PZPN wyeliminowano wielu bardzo sprawnych działaczy, a niektórzy sami machnęli ręką i odeszli, bo jak np. Eugeniusz Kolator uznali, że szkoda życia na walkę z kolejnym rządem, który pod szczytnymi hasłami chce tylko jednego – prezesa PZPN z własnego politycznego nadania. Człowieka zaufanego i posłusznego. Dzień, w którym tak się stanie, będzie czarniejszy od rządów tak krytykowanego Grzegorza Laty. Już od paru lat o władzę nad związkiem bardzo ostro walczy Platforma Obywatelska. W kampanię wyborczą PZPN zaangażowali się posłowie tej partii, a jeden nawet kandyduje na prezesa. Z tego, co słyszę, nie ma on pełnego poparcia kolegów, którzy po cichu obstawiają innych kandydatów.
Tak mocne polityczne wejście w wybory szefa samorządnej organizacji, jaką jest PZPN, źle się skończy dla PO. Piłka nożna zawsze będzie obiektem rywalizacji i zawsze przegrani będą mieli pretensje. Do tej pory kibice i działacze mieli pretensje do PZPN. A jeśli wygra opcja PO, to cała ta lawina błota przeniesie się poza związek. I z góry wiadomo, na kogo.

Wydanie: 43/2012

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy