Nikt nic nie wie

Nikt nic nie wie

W polskim życiu publicznym jak w komedii: „nikt nic nie wie”. Mój dobry znajomy, rolnik na emeryturze, ledwo wiążący koniec z końcem, jest zwolennikiem podatku liniowego, „niechby wreszcie nastąpiła sprawiedliwość”. Nie dociekałem, co on rozumie przez podatek liniowy, z pewnością coś dla siebie dobrego, ale nie to, czym ten podatek jest. Tyle ze sporów podatkowych rozumie duża część społeczeństwa i dzięki temu wyborcami partii PO są wymieszani ze sobą biedni i bogaci. Na podatkach niewiele więcej znają się wodzireje partyjni. Wszyscy oni obiecują obniżanie podatków, gdy w rzeczywistości państwo będzie musiało je podnieść, a wodzireje ze swoimi kompanami będą musieli podnieść ręce i nacisnąć przycisk. Zwiększenie podatków jest niezbędne nie tylko na pokrycie ustawowych zobowiązań państwa, nie tylko na coraz kosztowniejszą służbę zdrowia, czemu ogół przyklaśnie, ale także na zaspokojenie roszczeń spadkobierców (wnuków, prawnuków itd.) przedwojennych właścicieli ruchomości i nieruchomości zniszczonych przez wojnę i czas. Ostatnio z żądaniami wystąpili spadkobiercy obligacji II Rzeczypospolitej. Zaspokojenie tych wszystkich roszczeń pójdzie w setki miliardów złotych. Gdyby nawet wszystkie, co do jednego euro, fundusze, jakie mają przyjść z Unii Europejskiej, obrócić na zaspokojenie tych roszczeń, też by nie wystarczyło. Zapłacić muszą podatnicy. Społeczeństwu to się nie będzie podobało, ale też nikt nie ma zamiaru społeczeństwa o to pytać. Nie tylko rosyjska, ale także polska demokracja jest sterowana, z tą różnicą, że w Polsce sterowani są także sternicy.
Skoro nikt nic nie wie, dlaczego pani Zyta Gilowska miałaby wiedzieć, na czym polega lustracja. Była gorącą zwolenniczką lustracji, i tej starej, i tej nowej, którą przygotowuje jej rząd, ale myślała, że lustrowani mają być tylko przeciwnicy lustracji. Pani Gilowska miała takie samo pojęcie o lustracji jak o podatkach, które sobie wymarzyła według łatwej do zapamiętania formułki 3×15.
W obozie katolicko-prawicowo-solidarnościowym na rzecz lustracji zostały zmobilizowane różne sentencje ewangeliczne, jak np. poznaj prawdę, a prawda cię wyswobodzi. Gdyby te słowa wypowiedziała posłanka Joanna Senyszyn, przepraszaniom ze strony SLD i oskarżeniom ze strony Młodzieży Wszechpolskiej nie byłoby końca, bo rzeczywiście przekładanie prawdy, iż Jezus był synem Bożym, na prawdę notatek Służby Bezpieczeństwa trąci cokolwiek profanacją Ewangelii. Ale nikt tego nie widzi, ani duchowni, ani świeccy lustratorzy. Lustracja bowiem stała się dla katolików sakramentem. W związku z tym doszło do „zewangelizowania” cynicznej maksymy „gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”. To jest dosyć niesamowite, ale niech tak dalej będzie; wielebni pasterze z Konferencji Episkopatu, prowadźcie tak dalej swoje barany (owieczek szkoda) i zobaczymy, co z tego wyniknie. Do tej pory lustracja to pasmo niespodzianek i gdyby nie została zsakralizowana, uświęcona i tym samym wyłączona z racjonalnej debaty, już dawno by się skończyła. Słyszę od skądinąd inteligentnych ludzi, że lustracja jest konieczna, żeby nie można było byłych agentów szantażować. Na razie nie jest znany wypadek, żeby prócz „Solidarności” ktoś kogoś szantażował. Szantaże „Solidarności” są to porachunki we własnym gronie, które nic by nie znaczyły, gdyby nie było lustracji. Lustracja według nowej ustawy to szantażowanie całych środowisk, a także pojedynczych ludzi.
W jednym z większych uniwersytetów aulę nazwano imieniem prorektora, wybitnego uczonego. Okazało się, że był tajnym współpracownikiem. Co zrobić z aulą? Zmienić patrona, to bardzo proste. Co zrobić z odkryciami uczonego? Unieważnić. Jeśli odkrył, dajmy na to, nieznaną planetę, to planetę schować.
Na uniwersytetach pojawiło się wielu zwolenników lustracji. Oni wiedzą o lustracji tyle, co Zyta Gilowska wiedziała, zanim stała się wiórem, który poleciał. Te prolustracyjne nastroje idą w parze z pogarszającą się samooceną środowiska. Kto zostanie uznany za tajnego współpracownika, traci pracę, a jego odkrycia naukowe przestają się liczyć. Naukowcy sądzą, że odkrycia naukowe są taką rzadkością, że można ich nie brać pod uwagę w ocenie lustracji. W rachunku liczy się, że zwolnią się tak potrzebne innym etaty. I tu mamy „racjonalne” jądro lustracji w szkolnictwie wyższym. Oczywiście, wchodzą w grę jeszcze inne czynniki i nie jest przypadkiem, że lustracja kwitnie przede wszystkim tam, gdzie kler ma największe wpływy.

 

Wydanie: 27/2006

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy