Obelgi zamiast dialogu

Muszę przez pewien okres cofać się w przeszłość, choćby niedawną, gdyż reperuję serce długodystansowca, mocno – jak zawsze u takich ludzi – zużyte. Będę więc przekazywał czytelnikom refleksje, których nie zdążyłem opisać lub choćby zapisać, gdy się działy sprawy budzące namysł. Proszę mi więc wybaczyć, że nie będę mógł reagować na choćby najbardziej poruszające wydarzenia bieżące.
Cofnę się do sprawy weta Prezydenta RP dotyczącego nowelizacji kodeksu karnego w części poświęconej pornografii. Jak wszyscy pamiętają, Prezydent zawetował nowe przepisy i miał świętą rację. Gdyby zdarzył się cud polegający na stosowaniu przez sądy RP tych możliwości karania, jakie daje obecne prawo – wyroki za rozpowszechnianie pornografii budziłyby respekt. Naiwna prawica myśli, że podniesienie wysokości kar zmienia istotę problemu. Tymczasem rzecz – jak zawsze, gdy rozważamy skuteczność oddziaływania prawa – polega nie na surowości kar, ale na rozumnym orzecznictwie i na rychłości działań aparatu represyjnego.

Drugi element sprawy, całkowicie przemilczany przez prawicowych reformatorów prawa, to fakt znany powszechnie, iż bez względu na wysokość kar pornografia i tak będzie trafiać do młodzieży za pośrednictwem telewizji oraz Internetu. Talerze ściągające ze sputników programy telewizyjne wprost do naszych mieszkań widuje się obecnie nawet na tak zwanych zapadłych wsiach. Kilka naciśnięć guzików telewizora wystarcza, by do naszych mieszkań wpłynęły najbardziej ostre sceny z życia erotycznego tych ludzi, co swoje przeżycia i swoje ciało sprzedają, może nawet z biedy.
Prezydent ma konstytucyjny obowiązek wkraczania w stanowienie prawa tam, gdzie dostrzega nonsensy, pozorną skuteczność, zagrożenie jednolitości systemu prawnego – czyli wszędzie tam, gdzie może zaistnieć złe prawo. Jest to niezbywalne prawo, przyznawane wybieranemu w powszechnych wyborach prezydentowi. Tak się jednak dzieje, że ile razy Aleksander Kwaśniewski korzysta ze swoich uprawnień, prawica podnosi wrzask i sypie pod adresem prezydenta niewybrednymi oskarżeniami, a nawet obelgami.
Póki jednak obelgi-gromy wychodzą z ust takich polityków, jak np. profesor Niesiołowski – można machnąć ręką. Wiadomo powszechnie w całej Polsce i jeszcze dalej, że jest to nieszczęsna, chora na nienawiść istota, inwalida po systemie komunistycznym, święcie przekonany, że tym swoim apostolstwem nienawiści dobrze służy Polsce, jak to niedawno wywiódł w polemice ze mną na łamach “Przeglądu”. Da się sparafrazować modny teraz slogan i powiedzieć: “Niesiołowskiemu więcej wolno”.
Gdy jednak biskup ordynariusz łomżyński, ks. Stefanek, rzuca oskarżenie, czy też tylko podejrzenie, iż weto wobec ustawy Prezydent złożył dlatego, ponieważ przedsiębiorcy osiągający duże zyski z produkcji pornograficznych obiecali mu za ten sprzeciw spore pieniądze na kampanię wyborczą, stajemy przed zupełnie nową w Polsce sytuacją. Podobny charakter mają wypowiedzi arcybiskupa Szymeckiego z Podlasia, który kwestionuje publicznie moralną postawę Aleksandra Kwaśniewskiego.
No, moi panowie, czy raczej księża biskupi. Wasze wypowiedzi wnoszą jakieś poważne zło do naszego życia publicznego. Nie istnieje w Polsce akt prawny określający ograniczenia, jakim miałby podlegać Prezydent RP w stosowaniu prawa weta.
Nie jest to decyzja ostateczna i nieodwołalna. Prawo daje możność Sejmowi oceny tej decyzji i odrzucenia sprzeciwu. Natomiast obrzucanie przez członków Episkopatu obelgami osoby Prezydenta RP nie jest przewidzianą przez prawo formą dyskusji politycznej o kształcie ustaw. To jest wybryk o podłożu politycznym.
Rodzi się kilka pytań. Po pierwsze, czy wolno kwestionować konstytucyjne uprawnienia głowy państwa? Po drugie, czy wolno zamiast dozwolonej w porządku prawnym i moralnym dyskusji o kształcie prawa posługiwać się nie racjami merytorycznymi, lecz skierowanymi ad personam obelgami? I po trzecie, czy sakra biskupia nie zobowiązuje do szerzenia dobrych obyczajów w kraju dopiero kształtującym swój katalog norm życia publicznego? Czy mnożenie wyzwisk przez członków Episkopatu w życiu publicznym jest zgodne z misją ewangelizacyjną Kościoła katolickiego? I ostatnie pytanie, choć można je dłużej mnożyć. Czy takie zachowanie biskupów, jak to, które obserwowaliśmy, nie rodzi aby zgorszenia?
Mimo tego, iż jestem przywódcą partii lewicowej, nie zatraciłem moich uczuciowych i moralnych powiązań z Kościołem katolickim i jego zasadami, starałem się więc moje pytania sformułować z całym szacunkiem do sakry biskupiej – muszę się jednak domagać analogicznego szacunku do urzędu głowy państwa.
Należę do pokolenia, które przez kilkadziesiąt lat czekało nie z założonymi rękami na chwilę, kiedy naród polski będzie mógł wybrać sobie wedle swej przez nikogo nie ograniczanej woli Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Przypominam także, że za udaną realizację tego marzenia setki tysięcy z nas oddało życie.
Czy wolno dostojnikom Kościoła katolickiego drwić z tej ofiary krwi i miotać obelgi na Prezydenta?
Gdyby wrogość wobec głowy państwa i poczynań konstytucyjnych władz Rzeczypospolitej zdarzyła się po raz pierwszy, można by powiedzieć: – Hierarchowie uczą się demokracji, więc trzeba im wiele wybaczać. Ale ja, niestety – jako ówczesny wicemarszałek Sejmu RP – byłem zaangażowany w wyposażenie mojego kraju w nowoczesną, sprawiedliwą dla wszystkich konstytucję. Mimo iż redagowaliśmy ją w dość zgodnej, choć czasami kontrowersyjnej atmosferze współpracy z ekspertami Kościoła katolickiego, to po jej przyjęciu przez Zgromadzenia Narodowe Episkopat Polski, nie usatysfakcjonowany wszystkimi rozwiązaniami prawnymi, rozpoczął zjadliwy, nieraz brutalny atak polityczny i na autorów owej ustawy zasadniczej, i na jej treść. Polemika co do istoty prawa bywała zastępowana obelgami.
Jestem już bardzo starym człowiekiem. Szykuję się do odejścia. Zanim to się stanie, chciałbym pozbyć się przekonania, iż wielu hierarchów Kościoła katolickiego źle służy ojczyźnie. 2 kwietnia 2000 r.

Wydanie: 16/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy