Gdzie są biedni?

Z narastającym animuszem toczy się dyskusja o dalszych perspektywach i strategii lewicy. Dyskusja ta toczy się oczywiście głównie na łamach „Gazety Wyborczej”, co jest jeszcze jednym przyczynkiem do polityki i kondycji lewicy w Polsce.
Przez cały bowiem czas swoich rządów SLD i inne partie lewicowe nie wykonały żadnego wysiłku, aby zbudować sobie jakikolwiek system medialny, a pisma takie jak „Przegląd”, „Trybuna” lub utrzymywane jedynie siłą charakteru Mieczysława Rakowskiego „Dziś” stanowią margines zainteresowań polityków lewicy, którym prestiż i bon ton nakazują ogłaszać swoje wynurzenia w „Gazecie” lub w „Rzeczpospolitej”.
Ale to już osobna sprawa.
Znamienną natomiast cechą toczącej się dyskusji jest to, że wypełniają ją niemal całkowicie dylematy taktyczne – a więc czy iść razem, czy też osobno do wyborów, poprzeć rząd Marka Belki czy go nie popierać albo czy prezydent chce tworzyć nową partię, czy też patronować obecnym – nie zaś prawdziwe, praktyczne konflikty, które trzeba przecież jakoś rozstrzygnąć.
Rozpoczął się na przykład nowy rok szkolny. I już widać, że będzie on dla dużej liczby dzieci gorszy niż poprzednie. Pierwszym powodem jest dalsza likwidacja małych, wiejskich szkół podstawowych. Wiadomo, że sam pomysł likwidowania tych szkół jest nonsensem, niezgodnym ze wszystkim, co wiadomo na temat nauki i wychowania, gdzie zawsze lepsze wyniki osiągają uczniowie pracujący w mniejszych grupach, dla których nauczyciele mają więcej czasu, aby pracować z nimi indywidualnie. Dotyczy to szkół wszystkich szczebli, łącznie z wyższymi, i są kraje, takie jak Stany Zjednoczone, gdzie jeden pracownik naukowy przypada na siedmiu, ośmiu studentów. Ale nasi ustawodawcy uczyli się zapewne w zatłoczonych klasach szkolnych, obejmujących do 40 uczniów, co widać gołym okiem.
Likwidacja małych szkół pociąga za sobą także wożenie dzieci do odległych szkół zbiorczych, a więc i wielokilometrowe często marsze, które dzieci będą odbywać na miejsca zbiórek. Wiadomo, że większość z tych dzieci będzie poza domem – licząc z dojazdami – po kilkanaście godzin, a nie mniej niż 16% spośród nich nie zje w tym czasie ani jednego ciepłego posiłku. Nie otrzymają go w szkole, bo duża część szkół nie ma na to pieniędzy.
I co ?
I nic. Nie słyszałem, aby kwestia systemu oświatowego i jego obecnej, beznadziejnej niemal sytuacji była przedmiotem dyskusji na którymkolwiek z lewicowych konwentykli, a przecież jest ona jedną z najważniejszych dla kraju, jeśli chcemy utrzymać jaką taką pozycję w Europie.
Tak samo niezwykle rzadko albo wręcz nigdy nie można tam usłyszeć prostego stwierdzenia, że 54% społeczeństwa polskiego żyje obecnie poniżej minimum socjalnego i trzeba coś z tym zrobić. Ale co? Na razie tylko dwóch posłów, aby zmierzyć się z tym problemem, podjęło eksperyment, próbując przeżyć miesiąc za 500 zł, i podobno wyszczupleli. Wartość poznawcza tego eksperymentu jest wątpliwa, ponieważ, jak podejrzewam, za komorne czy energię elektryczną zapłacili ryczałtem, kupili też zapewne już wcześniej podręczniki dla swoich dzieci, na co – jak doniosły media – spora część rodziców w Polsce musiała w tym roku zaciągnąć pożyczki u pracodawcy, a nawet w bankach.
Mówiąc w wielkim skrócie, nie sądzę, aby można było rozsądnie rozmawiać o jakiejkolwiek polityce, nie mówiąc już o polityce lewicy, nie mając przed oczyma prozaicznego faktu nędzy i wykluczenia społecznego, które są w Polsce zjawiskami narastającymi. Narastającymi, a zarazem jakby ignorowanymi przez świat polityki, być może, dlatego że ludzie biedni i tak zazwyczaj nie głosują, więc nie są ważnym składnikiem toczących się wokół nas gier i podchodów.
Jest to fenomen światowy. Prof. Zygmunt Bauman, którego nową książkę „Życie na przemiał” przywołuję tu nie po raz pierwszy, uważając ją za lekturę obowiązkową, pisze, że podstawową tendencją współczesnego globalizującego się świata jest usilne separowanie zdrowej, to znaczy majętnej części społeczeństwa od ludzkich i społecznych „odpadów”, których obecnie produkuje się coraz więcej. Symbolem tego są kondominia mieszkaniowe, w których za ogrodzeniem, pod opieką strażników tworzy się możliwie najwygodniejsze warunki życia – z basenami, garażami, salami rekreacji itd. Ich główną funkcją jest odgrodzenie się od tego, co dzieje się za murem. Powstają także sytuacje odwrotne, kiedy wobec natłoku ludzkich „odpadów” zamyka się je w odosobnionych, pilnowanych przestrzeniach, jakimi są na świecie obozy dla uchodźców, coraz liczniejsze i z których przeważnie nikt nie wraca już na miejsca, skąd uszedł. W takich obozach, w Palestynie na przykład, żyją już kolejne pokolenia.
W Polsce nie mamy obozów dla uchodźców, ale mamy regiony wyłączone, na przykład obszary popegeerowskie. Wiadomo, że są, wiadomo, że ktoś tam żyje, czasami jakiś film, taki jak głośna, acz niechętnie widziana „Arizona”, pokaże je jako malowniczą sensację, ale przecież na co dzień znikają nam one sprzed oczu. Czasami, jadąc samochodem, możemy zobaczyć przez okno jakąś ruderę lub zbiorowisko ruder, w których ktoś tam mieszka. Czasami za oknem widać kogoś grzebiącego w śmietniku, ale człowiek ten znika po chwili, nie wiadomo gdzie. Czasami zaczepi nas żebrak, niekiedy dość natrętny i niebudzący sympatii. Czasami media ogłoszą, żeby wysłać pieniądze jakiemuś dziecku, któremu można uratować życie przez operację, i wówczas – przyznajmy – napływają tysiące lub nawet miliony złotówek. Ale takich dzieci jest mnóstwo, nie wszystkie można „nagłośnić medialnie”, nie wszystkim też można pomóc. Czasami wreszcie pod Sejm lub gmach rządu przyjdą jakieś samotne matki, które mądre reformy pomocy społecznej pozbawiły alimentów, więc i środków do życia, ale po jakimś czasie przecież gdzieś się rozchodzą.
Są to sygnały jakiejś rzeczywistości, która w zasadzie mieści się poza nami. Przypominamy sobie o niej werbalnie, gdy jest to wygodne, i nawet Prawo i Sprawiedliwość uznało za stosowne wybrać na swoje zawołanie wyborcze hasło, że Polska nie jest tylko dla bogatych. Ale pamiętamy przecież, że jednym z pomysłów p. Lecha Kaczyńskiego, gdy był jeszcze ministrem sprawiedliwości, była większa karalność i intensywna rozbudowa systemu więziennictwa, a więc nie pomoc biednym, lecz poszerzenie miejsc, gdzie zbiera się i separuje ludzkie „odpady”, co jest – znów według Baumana – tendencją światową.
Gdzie są biedni, wyrzuceni poza nawias, pobawieni szans, od urodzenia skazani na nędzę?
Nie wiadomo. Czytamy o nich w statystykach, ale nie słyszymy w dyskusjach politycznych. Ciekawe, czy przypomną nam kiedyś o swoim istnieniu, czy też taktownie, jak dotąd, nie będą zakłócać naszej sceny politycznej.

Wydanie: 38/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy