Podziały klasowe i bariery kulturowe – czyli papka dla mas i kino dla nielicznych

Podziały klasowe i bariery kulturowe – czyli papka dla mas i kino dla nielicznych

Opinia francuskiego socjologa Pierre’a Bourdieu, iż podziały klasowe i nierówności społeczne w społeczeństwie kapitalistycznym przejawiają się nie tylko w wymiarze ekonomicznym, ale także w sferze kultury, potwierdza się również w Polsce. Tak jak twierdził Bourdieu, kapitał ekonomiczny wpływa też na kapitał kulturowy i społeczny. Osoby stojące wyżej w strukturze społecznej nie tylko mają więcej pieniędzy, lecz także wysyłają dzieci do lepszych szkół, wakacje spędzają w bardziej wyszukany sposób, korzystają też z oferty kulturalnej, której odbiór wymaga lepszego przygotowania. Z drugiej strony większy kapitał kulturowy (czyli m.in. lepsze wykształcenie i znajomość innych kultur) daje większe szanse na zdobycie wyższej pozycji ekonomicznej.
W ten sposób dyskryminacja ekonomiczna coraz częściej jest jednocześnie dyskryminacją kulturową, która nie pozwala dotrzeć do myśli, treści i przekazu wychodzących ponad poziom przeciętnej papki zalewającej nas każdego dnia z mediów, reklam i oficjalnych komunikatów.
Ta refleksja po raz kolejny pojawiła mi się w głowie w minionym tygodniu, kiedy poza oglądaniem filmów na festiwalu Era Nowe Horyzonty (ENH) mogłem poobserwować festiwalową publiczność. Nie widziałem tam dzieci robotników ani mieszkańców gorszych dzielnic Wrocławia. Za to było sporo sfeminizowanych kobiet z kręgów uczelnianych, trochę zblazowanej młodzieży inteligenckiej i wielkomiejskich indywidualistów. Pooglądają sobie trochę krytycznego przekazu, ale nie wyciągają żadnych politycznych wniosków. Później i tak w większości bezmyślnie, stadnie i zgodnie z obowiązującą modą pójdą zagłosować na PO. Szkoda, że przekaz tych niekomercyjnych filmów nie trafia – bo jak się okazuje, nie może trafić z powodów ekonomicznych i kulturowych – do szerszej publiczności i tzw. zwykłych ludzi. Być może rację ma Zygmunt Bauman, kiedy pisze, że w społeczeństwie rynkowym ludzie z klas niższych, którzy mają interes, żeby się buntować i protestować, nie robią tego, ponieważ nie mają odpowiednich środków i nikt ich nie słucha. Natomiast ludzie, którzy mają możliwości i pozycję, aby zabrać publicznie głos przeciwko otaczającej nas niesprawiedliwości, nie czynią tego, bo nie mają w tym interesu. Na szczęście nie zawsze tak jest, o czym świadczą twórcy filmów wyświetlanych na ENH.
„Na gorąco” to film zupełnie zbojkotowany w Stanach Zjednoczonych. Nie miałby żadnej szansy na Oscara, bo zamiast wychwalać patriotyczne czyny amerykańskich bohaterów w Iraku, rozprawia się jednoznacznie z wojną na Bliskim Wschodzie. Możemy zobaczyć w nim Irak nie z przekazów telewizyjnych, ale z kamery jednego z żołnierzy, który marzy o dostaniu się do szkoły filmowej i dokumentuje wszystko, co się dzieje dookoła niego. Widzimy więc, kto trafia do armii amerykańskiej – przedstawiciele nizin społecznych, którzy często mają do wyboru amerykańskie więzienie lub mundur armii. Z jednej strony, bieda Irakijczyków i niewinne ofiary cywilne ginące przy różnych okazjach (z ponad 2 tys. osób zastrzelonych na punktach kontrolnych tylko 5% ofiar miało cokolwiek wspólnego ze zbrojnym oporem). Z drugiej strony, frustracja amerykańskich żołnierzy, którym wciąż przedłuża się pobyt w Iraku. W końcu obserwujemy w całej okazałości absurd tzw. misji stabilizacyjnych – grupa jankesów gwałci i zabija 15-letnią Irakijkę, morduje całą jej rodzinę i podpala dom. Amerykanie próbują zrzucić winę na wewnętrzne konflikty między szyitami i sunnitami. Scenariusz filmu Briana De Palmy został oparty na autentycznych wydarzeniach z marca 2006 r., które rozegrały się w Mahmudiyah w Iraku. W polskiej telewizji tego filmu też z pewnością nie zobaczymy. Czy ktoś w Polsce potrafiłby nakręcić film o „bohaterach” w polskich mundurach ostrzeliwujących afgańskie wioski? A co mogą powiedzieć nasze media o składzie społecznym polskiej armii – kto się zaciąga obecnie na misje? Czy są to solidnie wykształceni osobnicy z wielkomiejskiej klasy średniej? Dobrze byłoby zobaczyć taką analizę na ekranie.
„Stara szkoła kapitalizmu” w reżyserii Želimira Žilnika, choć nakręcona w Serbii, mogłaby powstać w każdym kraju postkomunistycznym przechodzącym cudowną terapię gospodarczą w stylu Balcerowicza. Początek filmu to demonstracja pierwszomajowa z 2009 r. w Belgradzie. Przez miasto przetacza się fala strajków robotniczych. Słyszymy płomienne przemówienia o godności robotników i kapitalistycznym wyzysku, uliczne debaty o komunistycznej przeszłości i niepewnej przyszłości kraju. Ogólnie atmosfera zagubienia, rozpaczy i biedy zwykłych ludzi. Dowiadujemy się, że 80% sprywatyzowanych w Serbii firm zbankrutowało – pozwoliło to za pół darmo wyprowadzić maszyny i majątek zakładów w prywatne ręce. Skąd my to znamy? Na tym tle rozgrywa się główna akcja filmu – zdesperowani robotnicy z zakładu, w którym od dwóch lat nie dostają wypłaty, postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. Młodzi anarchiści pomagają oszukanym pracownikom porwać ich szefów. Jak się okazuje, kontrola mediów, Kościoła, kultury masowej pozwala jednak nawet w sytuacjach jawnego wyzysku manipulować zwykłymi i zagubionymi ludźmi. W końcu kiedy po raz kolejny chcą upomnieć się o swoje prawa i proszą o pomoc młodych radykałów, chciwi szefowie i ich prywatni ochroniarze nie cofają się przed zabójstwem, które ma wyglądać na zwykły wypadek…
„Myśliwy” to irańsko-niemiecki film o ludzkich emocjach i przemocy państwa, które zamienia ludzi albo w swoich funkcjonariuszy w mundurach, albo w niewolniczych pracowników. Główny bohater – grany przez samego twórcę filmu (Rafi Pitts) – który nie może widzieć w ciągu dnia swojej żony i córki, bo musi pracować na nocnej zmianie, dowiaduje się pewnego dnia, że obie zostały postrzelone przypadkowo w czasie demonstracji antyrządowej. Sam w rozpaczy i w akcie desperackiej zemsty strzela do dwóch przypadkowych policjantów. W czasie policyjnego pościgu okazuje się, że nie wszyscy, którzy noszą mundur, są szczęśliwi i robią to z własnego wyboru…
Jak twierdzi Jean-Luc Godard, którego filmy (m.in. „Walki we Włoszech”, „Włodzimierz i Róża”, „Utopie”, „Służąca do wszystkiego” oraz ostatnie dzieło z 2010 r. – „Film Socjalizm”) można było obejrzeć na ENH, kino ze względu na jego uwikłanie w kapitalistyczny system polityczno-ekonomiczny ma charakter prostytuacyjny. Jednak twórczość Godarda i innych pokazuje, że można zachować niezależność i traktować film nie tylko jako tanią i bezrefleksyjną rozrywkę, ale jako głos w obronie ważnych spraw. Dlaczego nie można tego powiedzieć zbyt często o polskich twórcach? To kwestia konformizmu, branżowej prostytucji czy zwykłej bezmyślności?

Wydanie: 31/2010

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy