Poseł w kratkę

Strażnikiem demokracji parlamentarnej jest w III RP naczelnik aresztu śledczego w mieście Łodzi. Nie dlatego, że osadzono tam zatrzymanego posła Andrzeja P. Zdaniem Prezydium Sejmu RP (po wielogodzinnej pracy mózgowej), o tym, czy tymczasowo aresztowany poseł może brać udział w posiedzeniach Sejmu, decydować powinien właśnie pan naczelnik. To ciekawa interpretacja. Podszyta ucieczką od odpowiedzialności decydujących o wszelkich sprawach poselskich marszałków. I jeśli teraz ważne konstytucyjne głosowanie wisiałoby na głosku posła Andrzeja P., to o losie ustawy, czyli o ustroju państwa, decydowałby pan naczelnik. Osoba nieposiadająca społecznej legitymacji władzy jak poseł czy marszałek Sejmu.
Tymczasowe oddanie mandatu poselskiego naczelnikowi aresztu wynika z braku odwagi Prezydium Sejmu w konfrontacji z mediami. Jest spychaniem problemu pod naczelnikowski dywan. Ale przecież poseł Andrzej P. nie został skazany prawomocnym wyrokiem sądu. Zatem trzeba uznać zasadę domniemania jego niewinności. Skoro jest niewinny, ma prawo i obowiązek przyznany mu w wolnych, demokratycznych wyborach mandat poselski wykonywać. Zatem nie powinno być żadnych przeszkód, aby otrzymywał przepustkę na czas plenarnego posiedzenia Sejmu. Może pojechać tam pod konwojem, może być dyskretnie obserwowany, ale obowiązki parlamentarne wypełniać musi, bo nikt go z nich nie zwolnił, nikt mu mandatu nie odebrał. Do obowiązków poselskich należą dyżury, czyli spotkania z wyborcami. Tak się złożyło, że tymczasowo aresztowany poseł osadzony jest w swoim okręgu wyborczym, toteż nietrudno będzie zorganizować mu dyżur w jednym z pomieszczeń aresztu. Może to być świetlica albo pokój widzeń. Raz w tygodniu poseł może taki dyżur odbyć, zwłaszcza że odpadają mu inne spotkania reprezentacyjne.
Utrudnianie tymczasowo aresztowanemu posłowi wykonywania obowiązków poselskich stawia go w wyjątkowo trudnej sytuacji wobec elektoratu. Poseł otrzymuje z budżetu państwa uposażenie i dietę. Wbrew łatwo formułowanym przez media opiniom nie można bezczynnemu posłowi nie płacić. Nie można go wysłać na urlop bezpłatny bez jego zgody. Toteż poseł, wobec którego sąd zastosował tymczasowy środek zapobiegawczy, swoje uposażenie otrzymywać musi. Jeśli oczywiście nadal chce mandat sprawować, mandat ważny do końca kadencji Sejmu. Nie można również pozbawić aresztowanego posła środków przeznaczonych na obsługę biura poselskiego. Aresztowanie nie może być jednocześnie sankcją dla pracowników biura poselskiego, bo ci w razie wstrzymania przelewów mogą zasilić grono bezrobotnych. Poza tym trzeba zapłacić rachunki za telefony, czynsz, sprzątanie, materiały biurowe. Jedynie kosztów podróży własnym samochodem dla celów służbowych aresztowany poseł rozliczyć już nie może. Bo każdy wie, że poseł siedzi albo jeździ samochodami państwowymi.
Nie można też zablokować posłowi wypłaty uposażenia, jeśli nie będzie się stawiał do Sejmu, bo naczelnik aresztu nie wyrazi zgody na przepustkę. Artykuł 8 pkt 5 Regulaminu Sejmu RP mówi wyraźnie, że „za przyczyny usprawiedliwiające niemożność wzięcia przez posła udziału w posiedzeniach Sejmu” uważa się też „inne ważne, niemożliwe do przewidzenia lub nieuchronne przeszkody”. Tymczasowe aresztowanie posła wyczerpuje znamiona art. 8 pkt 5, bo przecież osadzony nie przewidywał swego aresztowania, które – jak się okazało – było „nieuchronne”.
Przypadek posła Andrzeja P. odświeżył lawinę magicznych pomysłów reformujących nasz system parlamentarny. Najczęściej spotykane to ograniczenie liczby posłów do połowy, odebranie posłom immunitetu, obniżenie uposażeń i zabranie ryczałtów na prowadzenie biur poselskich. Wszystko to w imię uczciwych rządów i dalszego pogłębiania demokracji. Niestety, mało jest publicystów i jeszcze mniej polityków, aby tym idiotyzmom się przeciwstawić. Inaczej może się okazać, że w ramach akcji karania posła P. stworzymy w naszym kraju okrojoną, kadłubową demokrację.

 

Wydanie: 49/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy