Smutna prawda o Polsce

Zapiski polityczne
19 grudnia 2001 r.

Wolałbym na okres radosnych wszak świąt Bożego Narodzenia napisać dla czytających mnie ludzi coś pogodnego. Niestety, od wielu dni jestem świadkiem zdarzeń raczej obrzydliwych, jakie muszę obserwować w Sejmie. Przypomina mi się fragment dawnej relacji jednego z dyplomatów późniejszych państw zaborczych. Pisał on do swego monarchy: „Szkoda pieniędzy na zjednywanie Polaków. Oni sami, i to dość szybko, zniweczą własne państwo, którego ziemie i ludność łatwo trafią pod wasze, najjaśniejszy panie, berło”.
Ta wspomniana wyżej obrzydliwość, która właśnie teraz się dzieje, jest pouczająca. Obserwując ją, można sobie łatwo odtworzyć, jak wyglądał rozpad dawnej Rzeczypospolitej w XVIII wieku, z tą tylko różnicą, że wówczas monarchowie, niepomni rady swego dyplomaty, hojnie płacili sejmowym pieniaczom za wytwarzanie tego rozpadu. Teraz sami Polacy bez obcych, judaszowych dukatów wytwarzają kolejną klęskę własnego kraju. Ufam, że to raczej próba niż dokonanie.
Koalicja rządząca, w której łonie nie należę do grona organów władzy, odziedziczyła po upadłej prawicy kraj w stanie katastrofy, nie tylko finansowej. Stan organizacyjny jest także rozpaczliwy, wystarczy wymienić sprawę służby cywilnej. Przypomnę, że blisko 1700 stanowisk kierowniczych w strukturach rządowych winno być obsadzonych przez urzędników służby cywilnej. W ciągu ostatnich trzech lat zdołano zgodną w prawem obsadę zapewnić aż na 100 (słownie: stu) stanowiskach. Reszta to osoby p.o., czyli pełniące obowiązki. Przyczyna jest prosta. Prawica nie dysponowała „swoimi” kandydatami na te stanowiska, przeto posłużono się instytucją „pełniących obowiązki”. Urzędnikiem służby cywilnej trudno zostać, gdyż są wymagane kwalifikacje zawodowe, egzaminy, nieposzlakowana opinia – łatwiej przeto mianować tych pełniących obowiązki. Rząd obecnej koalicji postanowił rzecz nieco zmienić i dać premierowi większe prawa, do czasu aż szef służby cywilnej rozpisze właściwe konkursy i będzie można powołać właściwych ludzi na wskazane prawem miejsca. Dlaczego szef służby cywilnej, postać mianowana na kadencję, przeto nieusuwalna, nie wywiązuje się prawidłowo ze swoich obowiązków, tego nie wyjaśniono. Jakoś mu widać nie idzie. Może też nieudacznik – jak spora część ludzi prawicy.
Sejm uchwala ową zmianę w zasadach powoływania wyższych urzędników państwa i wtedy zaczyna się powrót do wieku XVIII. Sejmowi pieniacze, którym jakoś nie przeszkadzała dotąd jawnie sprzeczna z prawem działalność szefa służby cywilnej, zaczynają się z trybuny sejmowej prześcigać w wynajdywaniu oskarżeń rządu o łamanie prawa. Podobnie pieniacze walczą bez pardonu w sprawie udziału w posiedzeniach Rady Ministrów prezesa Narodowego Banku Polskiego i NIK. Cóż z tego, że pan prezes NBP wyraźnie gardzi tym rządem i nie zaszczyca posiedzeń Rady Ministrów swą obecnością, skoro jest okazja do rozróby.
Wszystko jest zresztą taką okazją. Pieniacze posuwają się nawet do tradycyjnego zerwania obrad i nie pojawiają się na sali sejmowej, bo rzekomo przerwa w obradach trwała zbyt długo, więc zrywają – jak za czasów liberum veto – owe obrady i chyłkiem patrzą przez oszklone drzwi sali posiedzeń, co będzie się dalej działo.
Nie mamy w tej chwili (może są jakieś jednostki) opozycji myślącej poważnie o wspólnym szukaniu dobra Polski. Wyraźnie już widać, że trwa planowe niszczenie struktury władzy w Rzeczypospolitej, na wszystkie możliwe sposoby.
Nasi pieniacze sejmowi – a może już pora powiedzieć ostrzej: polityczne łobuzy – szukają każdej możliwej okazji, by podważyć wysiłki obecnego rządu, mające na celu wyciągnięcie Polski ze stanu katastrofy, w jaką wpędziły ją kilkuletnie, doskonale nieudolne i nieuczciwe rządy prawicowej oligarchii. Trzeba tu dodać, że te wysiłki nie zawsze są spójne i nie zawsze zyskują uznanie społeczeństwa, gdyż nakładają na nie poważne ciężary. Pieniacze nie zadowalają się walką na terenie Sejmu. Gdzie tylko mogą, głównie w mediach, wspomagani przez dość spore grono cynicznych dziennikarzy szukających taniego rozgłosu, starają się szkodzić obecnej władzy demagogicznymi zarzutami o sposób sprawowania rządów, zupełnie nie poczuwając się do jakiejkolwiek odpowiedzialności za stan państwa, którym współkierowali jeszcze całkiem niedawno, wszak od wyborów minęły zaledwie dwa miesiące.
Natomiast obecny rząd nie potrafi przekonać społeczeństwa, że te wszystkie dramatyczne decyzje obniżające poziom życia wielu rodzin polskich to nie są dary pod choinkę od Leszka Millera czy Marka Pola lub od profesora Belki, ale są to bezpośrednie przesyłki od pana Mariana Krzaklewskiego i profesora Balcerowicza. O Marianie Krzaklewskim ktoś kiedyś powinien napisać książkę ukazującą złowrogą działalność tego związkowca w destrukcji państwa polskiego. Krzaklewski o ładnych kilka lat opóźnił przez swoją nieudolność i zarozumiałość proces przekształcania PRL w nowoczesne państwo. Być może miał dobrą wolę, gdy dobierał się do kierowania prawicowo-związkową oligarchią, ale Polska prawica, której stał się przywódcą, była tak wszechstronnie otumaniona zjadliwym antykomunizmem, że wołała pogrążyć państwo w odmęcie rządów nieudolnej oligarchii, niż powoli i rozumnie prowadzić Polskę na drogę rozwoju, korzystając z doświadczenia ludzi minionej epoki.
Okrzyk dający się wszędzie słyszeć: „Bij komucha, aby mocno”, zastąpił mądrą radę: „Korzystaj z doświadczenia ludzi, którzy potrafili prawie z niczego odbudować totalnie zniszczony kraj”. Mamy teraz państwo z nie do końca zagojonymi ranami po strasznej wojnie i na nowo zrujnowane przez cztery lata rządów prawicowej oligarchii. Gorzkie to słowa jak na okres świąteczny, ale zawsze warto znać prawdę o sytuacji, w jakiej jest Polska.

 

Wydanie: 52/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy