Pejzaż z natury

KUCHNIA POLSKA
Mało jest krajów na świecie, które jako swój powód do zadowolenia i źródło jakiego takiego samopoczucia przedstawić mogą tylko wyniki osiągane przez skoczka narciarskiego.
A przecież tak w tej chwili dzieje się w Polsce. Co gorsza zaś, mówiąc szczerze, wspaniałe sukcesy Adama Małysza, na których budujemy obecnie nasz zbiorowy optymizm, trudno jest uznać za sukcesy Polski jako państwa lub Polaków jako zbiorowości. Są to po prostu sukcesy Adama Małysza, jego odwagi, determinacji i talentu, w których udział kogokolwiek poza nim samym wydaje się skromny. Mamy Małysza, ale nie mamy nikogo poza nim, nie mówiąc już o polskiej szkole skoków narciarskich, jaką mają na przykład Niemcy lub Finowie. Mamy Małysza, ale mamy również świadomość, że Zakopane nie nadaje się nie tylko na miejsce olimpiady, ale nawet na poważniejszy ośrodek sportów zimowych, w którym mogliby dorastać jego następcy. Tak więc, krótko mówiąc, gdyby państwo Małyszowie, seniorzy z Wisły, nie zdecydowali się pewnego dnia począć syna, nie mielibyśmy dzisiaj o czym pisać w triumfalnym tonie na pierwszych stronach gazet.
Albo też pisalibyśmy już wyłącznie o tym, co stanowi obecnie naszą specjalność narodową, a więc o rozlewającym się bagnie, w której to dziedzinie notujemy istotnie coraz ciekawsze osiągnięcia, w dodatku zaś tym razem rzeczywiście wypracowane wspólnym wysiłkiem wielu rąk i umysłów.
Taką wiadomością z bagna jest między innymi informacja o tym, że pan Janusz Tomaszewski, były wicepremier i działacz AWS-u, nie skłamał lustracyjnie i nie był tajnym donosicielem służb specjalnych. Pomijam już fakt, że podobne i wydane w tym samym czasie, oczyszczające orzeczenie sądu w sprawie Włodzimierza Cimoszewicza przeszło prawie bez echa, a Józef Oleksy, jak donosi prasa, nie może się doprosić o pisemne uzasadnienie podjętej w jego sprawie decyzji, aby móc ją zaskarżyć; są to po prostu uroki savoir-vivre’u naszej prasy i naszego wymiaru sprawiedliwości, którym trudno się już dziwić. Dziwne jednak mimo wszystko jest to, że wiadomość o niewinności p. Tomaszewskiego przedstawiona została jako radosna i pozytywna, będąc naprawdę jednym z najbardziej posępnych i przygnębiających faktów ostatniego okresu.
Cóż się bowiem stało naprawdę i co pokazał nam wyrok Sądu Lustracyjnego?
Otóż pokazał on, że w trakcie jakichś nie znanych bliżej porachunków wśród AWS-owskiej elity władzy niewygodny, lecz Bogu ducha winny działacz państwowy, robiący błyskotliwą karierę, wskazany został przez swoich własnych kolegów jako kapuś, co premierowi Buzkowi dało pretekst, aby odsunąć go od wszelkich urzędów państwowych, a Marianowi Krzaklewskiemu, aby pozbawić go funkcji partyjnych. Po czym obaj panowie oddali go w ręce głównego lustratora, p. Nizieńskiego, który nękał Tomaszewskiego trwającym 13 miesięcy procesem, szykując obecnie odwołanie od powziętej przez sąd decyzji, aby okres ten jeszcze przedłużyć.
Skupia się w tym nieomal wszystko, co składa się na patologię obecnego systemu władzy. Zakulisowa, nie przebierająca w środkach walka o władzę i wpływy, toczona pomiędzy kolegami, co w innych nieco, choć obyczajowo podobnych sferach nosi nazwę dintojry. Oskarżenie o agenturalność jako instrument, który w naszym państwie prawa użyć można zawsze i wobec każdego, niszcząc go politycznie, zanim jeszcze zapadnie jakikolwiek wyrok i pojawią się jakiekolwiek dowody. A wreszcie monstrualna rola, jaką odgrywa w naszym systemie konstytucyjnym ów główny lustrator, nieodpowiedzialny przed nikim i niczym, mogący w dowolny sposób manipulować ludzkimi losami, nie wyłączając osób najwyżej postawionych, co widzieliśmy niedawno przy lustracji kandydatów do prezydentury.
Może zabrzmi to cynicznie i niech p. Tomaszewski mi to wybaczy, ale sądzę, że wolałbym jednak dowiedzieć się, iż oskarżenia pod jego adresem były słuszne, niż oglądać z bliska na jego przykładzie reguły, jakimi rządzi się nie tylko system prawa, ale i kodeks moralny III Rzeczypospolitej.
I na tle tej patologii – ujawnionej przez sprawę Tomaszewskiego, tak jak przedtem ujawniła ją sprawa Oleksego – nie dziwi mnie już, chociaż przeraża, dziennikarka telewizyjna, która, stając przed kamerami, mówi, że oto odstępuje od dalszego drążenia sprawy zagadkowych aktów łaski, zastosowanych przez prezydenta Wałęsę wobec gangsterów z “mafii pruszkowskiej”. I że czyni to za namową pewnego parlamentarzysty, który doradził jej również, aby złożyła to publiczne oświadczenie jako swoistą “polisę na życie”, na którym tej młodej i przystojnej osobie powinno jeszcze zależeć.
Do tej pory takie sceny oglądaliśmy tylko w amerykańskich thrillerach, traktując je zresztą jako mało prawdopodobne. W dodatku zaś w thrillerach dotyczyły one zazwyczaj jakichś porachunków między fikcyjnymi gangami, u nas zaś dotyczą wydarzeń, których widownią była kancelaria ówczesnego prezydenta, a bohaterami jej prominentni pracownicy.
Nie zamierzam, oczywiście, podobnie jak owa dziennikarka i jej koledzy z telewizji, drążyć dalej tej kwestii, nie mając żadnych ku temu danych ani materiałów. Niech ją drąży prawo i prokuratura, jeśli potrafi i zechce. Jednak na marginesie tej sprawy zastanowił mnie głęboko wywiad udzielony przez prof. Falandysza, w którym ten prawnik głosi, że zeznania “pętlika”, to znaczy znajdującego się w rękach policji świadka koronnego, na których opiera się domniemanie o korupcji w Kancelarii Prezydenta Wałęsy, nie mają żadnej wartości, bowiem “pętlik” taki powie wszystko, czego potrzebować będzie od niego policja lub prokurator.
Jest to deklaracja zdumiewająca. A więc naprawdę, zdaniem profesora, w postaci niedawno przyjętej instytucji świadka koronnego stworzyliśmy sobie jeszcze jeden instrument, aby móc dowolnie manipulować ludźmi i systemem sprawiedliwości, pogłębiając jeszcze to bagno.
Jeśli tak, to zastanawiam się, jak daleko musi teraz skoczyć Adam Małysz, aby choć na chwilę przesłonić ten pejzaż…

KTT

Wydanie: 10/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy