Jeden Wielki Brat i dwaj mali bracia

TELEDELIRKA
Telewizja, czyli nasza ulubiona Teledelirka, w ubiegłym tygodniu zawiodła miliony swych teledelirycznych telewidzów, nie pokazując wszystkim, lecz tylko wybranym, kawałek z życia w amerykańskim domu Wielkiego Brata. Właściwie to nie był dom, ledwie domek, chodzi tu bowiem o celę, w której dokonał przerażającego żywota pewien młody, pokazywany często w telewizji facet, co bez dania racji wysadził w powietrze część amerykańskiego narodu. Powiedziano nam, że morderca niewinnych dostanie w nogę zastrzyk o potrójnym działaniu. Zastrzyk ten najpierw usypia, potem załatwia płuca, a w końcu serce. To dla uspokojenia tych, co uważają zadawanie komuś śmierci za akt niehumanitarny. Możecie spać spokojnie, nic go nie bolało, zdają się mówić.
Telewizja jednak totalnie zawiodła oglądającą ludożerkę, lekceważąc jej wyrafinowany gust. Wielu myślało, że będziemy wreszcie mieli „Big Brothera” prawdziwego do szpiku kości, a nawet posuniętego jeszcze dalej i napatrzymy się do woli i do syta, jak psubrat-morderca będzie jęczał, trząsł się jak osika i wykrzywiał gębę z powodu cierpień. Tylko że psychopatyczny morderca przed kamerami ma świadomość bycia gwiazdą i zachowuje się jak Di Caprio. Jeżeli wszystko będzie przebiegało „humanitarnie”, widzowie nie będą mieli satysfakcji. Trzeba by wbić ciemnego typa na pal, jak Azję Tuchajbejowicza. Szczęściem Amerykanie go nie powiesili, bo wisielcy mają ostatnią przyjemność w momencie zadyndania.
Kieślowski zrobił kiedyś „Krótki film o zabijaniu”, ale co to za frajda, gdy główny bohater po wykonaniu egzekucji nadal je, pije, chodzi i żyje, a nawet gra bardzo dobrze? Kiedy byłam małą dziewczynką, wierzyłam, że jeśli bohaterka umiera na ekranie, to the end, znaczy: amentaterka, zabili Kacperka. Niestety, bez względu na to, jak źle grają, komedianci nie umierają naprawdę. A publika chciałaby czegoś mocniejszego niż słaby koktajl. Kiczowaci bohaterowie telenoweli zyskaliby inny wymiar, gdyby ich śmiertelne zejście było prawdziwe.
Gdyby Amerykanie taki przykład dali, nasz minister sprawiedliwości z bratem mogliby wyrwać jeszcze parę niezłych procent z przerażonego korupcją i rodzimym bandytyzmem elektoratu, dając transmisję live, choć już po fakcie, na żywo byłoby na martwo. Twardym głosem, w imponującej postawie napoleońskiej, Lech K. z bratem w tle zapowiedziałby z ekranu nie tylko, jak to miało miejsce ostatnio, przywrócenie kary śmierci, lecz także publiczne jej wykonywanie na placu przed gmachem telewizji na Jana Pawła Woronicza. Jan Paweł, drugi, choć w zasadzie najpierwszy – jeśli już przy tym imieniu jesteśmy – nie pochwala skracania o głowę nawet zatwardziałych morderców. W sprawach takich jak kara śmierci czy stosunek do Żydów papież może liczyć na światłą lewicę, UW i senatora Piesiewicza. Nie będzie papież sekundował bliźniakom, nawet gdyby po sklonowaniu było ich czterech. Co na to Jan Paweł Woronicz? Nie wiemy; był prymasem, był także poetą, ale koronował cara Mikołaja na króla Polski.
Dobrym pomysłem jest serial, pokazujący trudną pracę policji, ale idący znacznie dalej niż obecne programy policyjne. A więc przesłuchanie z użyciem niebezpiecznego narzędzia, jeśli przestępca nie będzie chciał cienko śpiewać, policja bowiem dostałaby od braci KK rozszerzenie praw na wymuszanie zeznań. Ponieważ telewizja bez seksu nie zajedzie daleko, pokaże się odwiedziny (nagroda za dobre sprawowanie więźnia) pań lekkich obyczajów, wybranych po starannym castingu, dobrze przygotowanych zawodowo. Panie mówią do kamery: „Teraz my, k…y!”. Publika się cieszy, bo ma to, co lubi najbardziej, a więc: figo-fago, porno i duszno, a także krew na ścianie. Potem proces, podglądane spotkania oskarżonych z papugami, kamera Wielkiego Brata precyzyjnie notuje, ile i za co, potem ewentualnie nadzwyczajne honorarium dla sędziego za umożliwienie tego i owego. Jest także wyjście na przepustkę. Asystujemy wielokrotnemu recydywiście. On się nie przejmuje takim drobiazgiem jak filmowanie, jest oswojony ze światem mediów. Robi wszystko zgodnie z programem. Długie picie z kolesiami, bicie żony, później parę drobnych gwałtów, potem włam do banku, kulka w łeb dla strażnika i powrót do więzienia, bo na szczęście wszystko zostało utrwalone na taśmach prawdy.
Wraca więc bohater do domu Wielkiego Brata, gdzie siedzi już kilku takich jak on, i zaczyna się najbardziej emocjonująca część gry. Nominacje w nowym tego słowa znaczeniu. Wreszcie jest dwóch nominowanych. Pora na punkt ostatni, publika głosuje telefonicznie oraz za pomocą SMS-ów, kto ma opuścić dom Wielkiego Brata raz na zawsze i definitywnie, w zasuniętym na suwak plastikowym worku. Koszulki z szubienicą, listy gończe, płyty, pisma, hasła reklamowe: „I ty możesz dostać się do domu Wielkiego Brata, musisz tylko kogoś zadźgać, a twoje szanse wzrosną”. Wokół programu powstaje ogromny przemysł, zmniejsza się bezrobocie. Ludność miast i wsi jest zadowolona, bo spełniły się jej marzenia o zemście na tych, których się boi. „Prawo i Sprawiedliwość” zwyciężyło. Bracia, co ukradli księżyc, triumfują.
Z pewnością tego rodzaju widowisko przysporzyłoby bliźniakom popularności. Już teraz udzielają wywiadów na prawo i lewo, och, przepraszam, udzielają tylko na prawo, tak bardzo na prawo od prawa, że wzięli się nawet za Jedwabne, niestety, nie są to jedwabne koszule. Są to cholernie brudne, czarne koszule, w jakie ubiera się ta cześć elektoratu, którą chcą zyskać.

Wydanie: 25/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy