Pod prasą

Właśnie dotarł do mnie kolejny numer „Zeszytów Historycznych”, wydawanych w Paryżu. Jest tam wiele bardzo interesujących artykułów, z których dwa pozwolę sobie zacytować. W pierwszym, przedstawiającym przegląd korespondencji Giedroycia i Miłosza na przestrzeni półwiecza, pokazana jest dosyć burzliwa, ale przyjazna współpraca ich obu. Dodam od siebie, że po śmierci Miłosza poważnie zetlał jego autorytet, co widoczne jest na łamach literackiej prasy bieżącej. Autor „Traktatu poetyckiego” nie przebierał w słowach, kiedy pisał o krajobrazie politycznym polskiego społeczeństwa. Był on wyjątkowo silnym przeciwnikiem skrajnej prawicy, upostaciowanej w przedwojennej endecji. Sugerował, że jest jakaś igła magnetyczna, która kieruje się w Polsce szczególnie chętnie ku skrajnościom. Twierdził w swoich listach, że właściwie niczego nie zawdzięczamy piśmiennictwu endeckiemu, a chociaż nie silił się na przewidywanie przyszłości po swoim zgonie, trudno uznać za czysty przypadek to, iż podobnie jak przydeptane źdźbła podnoszą się po ustaniu nacisku, tak samo po śmierci poety doszło do bujnego rozplenienia tzw. Młodzieży Wszechpolskiej, która jest oczywistą, a niestety wysoce banalną kontynuacją Obozu Wielkiej Polski (Obwiepolacy).
Krótko mówiąc, tendencja prawicowych marginesów do powrotu na scenę polityczną nieprzypadkowo nasiliła się, kiedy zarówno autorytet polityczny Giedroycia, jak i Miłosza złożyliśmy do grobu. Uważam, że ewentualny przyrost zwolenników neoendecji może wprawdzie doprowadzić do wielkich zmian na scenie politycznej Trzeciej Rzeczypospolitej, ale nie przyniesie nam na pewno niczego dobrego ani wartościowego. W kilku listach powtarzał Miłosz, że jeśli zebrać wszystkie ideowe koncepcje prawicy z lat 1918-1939, okaże się, że prócz nacjonalizmu i antysemityzmu nic więcej tam nie było. Powiedziałbym, że nawet w pismach młodzieży literackiej (np. „Lampie”) można w pośredni sposób zorientować się w wyraźnym osłabieniu pomiłoszowej recepcji. Po prostu jest tak, jak gdyby nawet ci, którzy świadczą pamięci Miłosza honory, odczuwali ulgę, ponieważ śmierć zamknęła mu usta.
W „Zeszytach Historycznych” jest więcej ciekawych materiałów, ale chcę się ograniczyć do wzmianki o perypetiach, które poprzedziły powrót do PRL-u Cata-Mackiewicza. Sprawę jego kołatania do wrót Polski Ludowej, a pragnął on wrócić do kraju z Londynu, prowadził ówczesny konsul reżimu w Anglii, którym był Reich-Ranicki. Dość intensywnie zajmował się utrudnianiem Catowi powrotu, o czym całkowicie jakoś zapomniał, ponieważ nie napomknął o tym w swojej autobiografii ani jednym słowem. Uważam, że niezmiernie daleko posunięta marginalizacja „Zeszytów Historycznych” stanowi dużą szkodę wyrządzoną naszej historii, zwłaszcza że miejsce pełnych znaczenia i wyrazu spraw politycznych zajmują dzisiaj niemądre wybryki, w rodzaju tzw. listy Wildsteina. Warto ostrzec przed wielkim naruszaniem proporcji, które nasza polityczna dziennikarka uprawia. Przyszłe losy naszego kraju, zwłaszcza przed wyborami, mają dla niej podobną ważkość, co katar Małysza.

9 lutego 2005 r.

 

Wydanie: 7/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy