Doping

Doping

Wyobraźnia ludzka, czym zresztą jako homo sapiens się szczycę, nie ma granic. Dziennik „L’Equipe” z 9 lutego opisuje, jakie to nowe osiągnięcia techniki służą cyklistom żądnym zwycięstw, pieniędzy i sławy. Pierwszy pomysł to ukryty w ośce (nie znam się na tym zupełnie, więc ewentualnym adeptom odradzam zdawanie się na moją relację) zminiaturyzowany motorek elektryczny. Naładowany na starcie działa tylko godzinę. Trzeba zatem zaoszczędzić go na najtrudniejsze momenty. W tych właśnie finiszowych chwilach działa, jak trzeba – wykonuje nawet 80% roboty za zawodnika. Kto wie, z takim rowerem może ja też bym wjechał na Alpe d’Huez? Innym wynalazkiem, tutaj już zupełnie niczego nie rozumiem, jest koło elektromagnetyczne. W smakowitym bidonie ukryte są mikstury, dzięki którym tylne koło kręci się jak holenderski wiatrak.

Wielce to atrakcyjne, ale po staremu najważniejsza pozostaje chemia. Parę lat temu jeden z wielkich polskich przedsiębiorców i milionerów zwierzył się na łamach „Polityki”, że jego idolem jest kolarz Armstrong, wjeżdżający na szczyty górskie szybciej niż samochody i jeszcze przyspieszający na końcu. Każde dziecko wiedziało, że jest to oszust i twór chemikalny. Co więc nasz milioner miał na myśli? Zapewne zapatrzył się z zachwytem w hipersukcesy współczesnego przemysłu farmaceutycznego. W tej mierze miałby rację. Tak bowiem się składa, że nasze możliwości fizyczne są niestety anatomicznie ograniczone. Nieprzekonstruowany homo sapiens nie skoczy 2,5 m w górę, 9 m w dal ani nie przebiegnie iluś tam metrów w nieprawdopodobnie małą liczbę sekund. Dlatego trzeba go formować, deformować, przekształcać i nasycać wszelkiego rodzaju ingrediencjami. Nie ma w tym niczego złego. Każdy z nas miał ongiś do czynienia z wyborem swojej drogi życiowej. Ja wybrałem tzw. karierę uniwersytecką, która kazała mi przez wiele lat, zanim nie dorobiłem się pozycji, kłaniać się utytułowanym bęcwałom, a potem wysupływać ostatnie grosze z kieszeni przed każdym końcem miesiąca. Akurat nie żałuję. Po latach upokorzeń dało mi to jaką taką wolność.

Co jednak powiedzieć o wyczynowych sportowcach startujących w medialnych dyscyplinach? Jeżeli mam dostać 200 tys. euro rocznie albo nawet tyle samo miesięcznie, to tylko niewielkiej części tego bym się dorobił na profesorskim stołku. Stokroć lepiej biegać, skakać, rzucać. Wcale atletom nie zazdroszczę. Może nawet ich podziwiam. Taki był ich życiowy wybór, wcale nie gorszy niż mój. Przestańcie mi tylko opowiadać bajki o jakichś działaniach antydopingowych i im podobnych. Jeżeli na najbliższych igrzyskach olimpijskich nie zdobędziemy tylu medali, ile przewidziano, to tylko wina naszych aptekarzy. Na tym felieton kończę, gdyż przykro byłoby mi i nie w moim jest zwyczaju donosić na tych, którzy właśnie na „antydopingu” zarabiają niemałe pieniądze.

Wydanie: 7/2016

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy