Cenzura bez cenzury

PRAWO I OBYCZAJE

Tytuł tego felietonu jest na pozór niedorzeczny. Cenzura albo jest, albo jej nie ma, powie logik, wywodząc uczenie, że pojęcia sprzeczne wykluczają się nawzajem. Tak jest rzeczywiście, gdy dane słowo ma jedno znaczenie, a nie wówczas, gdy jest tzw. homonimem, czyli wyrazem mającym więcej znaczeń. Wiadomo też, że łączenie pojęć na pozór sprzecznych występowało już w stylistyce dawnych retorów. Starożytni mówcy okraszali swoje wystąpienia np. zwrotem: „Ich milczenie jest krzykiem” (Cum tacem clamant). Chwyty te były i są używane dla osiągnięcia efektu retorycznego jako tzw. dowcipna niedorzeczność (gr. oxymoron).
Jeśli pod nazwą „cenzury” rozumie się oficjalną kontrolę nad przejawami wolnej myśli, sprawowaną przez specjalny urząd państwowy, to w Polsce takiej cenzury nie ma już od 1990 r., ponieważ PRL–owska ustawa o kontroli publikacji i widowisk została uchylona (jako ówczesny senator mam nawet pewien skromny udział w tym wydarzeniu). Nie mamy więc dziś cenzury oficjalnej (poza kościelną!), ale czy to znaczy, że wszelkie nasze myśli możemy już wyrażać swobodnie, że nikt ich teraz nie kontroluje przed uzewnętrznieniem w publikacjach, widowiskach, a zwłaszcza w środkach masowego przekazu (prasie, radiu i telewizji)? Otóż nie! Wolność słowa, czyli swoboda głoszenia przekonań, jest tłumiona przez nieoficjalną cenzurę, występującą w różnych formach.
Prawnie nieograniczoną władzę nad autorem, który ubiega się o publikację swego utworu, ma szef danego wydawnictwa, gazety czy czasopisma. Ten stan rzeczy nie budziłby wątpliwości, gdyby o dopuszczeniu utworu do druku decydowały – w przypadku mediów niezależnych – wyłącznie poziom materiału oraz linia programowa wydawnictwa. Pisma nastawione na propagowanie określonych idei w wolnym kraju, gdzie istnieje autentyczny rynek wymiany różnych poglądów, nie mogą być, oczywiście, pozbawione swobody wyboru oferowanych utworów, także pod kątem treści ideologicznych. W praktyce zdarza się jednak, że teksty autorskie są cenzurowane z innych powodów. Np. dlatego, że osoba autora figuruje na nieoficjalnym, niepisanym indeksie jako źle widziana przez Kościół katolicki, pragnący mieć monopol na sprawowanie rządów nad wszystkimi duszami w kraju.
Cenzura wydawnicza odegrała w państwie totalitarnym niechlubną rolę w upaństwowieniu wolnej myśli. Dzisiaj czai się nadal w głowach usłużnych wydawców, redaktorów i prowadzi do coraz większej klerykalizacji myślenia, także w świeckich kręgach naszego społeczeństwa, któremu nie brak karierowiczów, zabiegających o względy nowych, ideowych przywódców narodu.
Cenzura oficjalna nie była jeszcze najgorszą formą „rządu dusz” w PRL-u. Piszę o niej w eseju pt. „Widmo cenzury krąży nad Polską” zamieszczonym w książce „Labirynt praw i obyczajów. Zapiski z końca XX wieku” (Książka i Wiedza, Warszawa 2001). Od decyzji urzędu cenzorskiego przysługiwała autorowi skarga do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który mógł przyznać hardemu twórcy rację.
Znacznie bardziej szkodliwą od cenzury oficjalnej, znanej od czasów najdawniejszych, a także od stosowanej w erze nowożytnej cenzury wydawniczej, była zawsze autocenzura. Uciekał się do niej już Tacyt, wyrażając po mistrzowsku swe myśli w taki sposób, by nie podpaść możnym tego świata.
„Język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie”, pisał poeta (A. Mickiewicz „Dziady”, cz. III, akt I, Wielka Improwizacja). Oto istota autocenzury! Stosowali ją m.in. pisarze-arywiści, opisani w książce Czesława Miłosza „Zniewolony umysł”. Głoszone przez nich poglądy jakże często kłamały myślom, z którymi nie chcieli się zdradzić, by nie popaść w niełaskę rządzących.
Nigdy się nie dowiemy, jakie straty poniosła kultura z powodu kagańców, które zakładali autorom wydawcy, a nawet twórcy sami sobie w postaci autocenzury. Czasem rąbka tajemnicy uchyla właśnie jakiś wydawca lub przyjaciel autora, np. Jan Czeczot w obawie przed reakcją ówczesnej cenzury zastąpił oryginalne słowa Mickiewicza w „Dziadach”: „Kobieto, boski diable”, banalnym własnym określeniem: „Kobieto, puchu marny”. Ocenzurowanie owego „boskiego diabła” zaszkodziło oryginałowi, gasząc jego poetycki obraz (J. Parandowski „Alchemia słowa”, Warszawa 1963, s. 211). „Puch marny” zrobił natomiast zawrotną karierę w języku potomnych. Do dziś chętnie się nim posługują przy różnych okazjach antyfeminiści i niewybredni żartownisie męskiego rodzaju.
Wprost niezwykły przypadek (raczej wypadek) autocenzury zdarzył się pewnemu znanemu i wielce cenionemu autorowi, który dokonał na sobie samogwałtu intelektualnego – nie z obawy przed jakąś cenzurą, ale z powodu nietolerancji wobec poglądów innego twórcy. Zygmunt Kubiak (o nim jest bowiem tutaj mowa), wybitny znawca antyku, opublikował w 2000 r. na łamach „Tygodnika Powszechnego” artykuł pod wielce wymownym tytułem „Nie będę czytał Tadeusza Zielińskiego”. Skromnie powiem, że autor tego artykułu nie miał na myśli moich arcydzieł, lecz dorobek największego polskiego filologa klasycznego, żyjącego w latach 1859-1944. Zbieżność naszych imion i nazwisk jest czysto przypadkowa.
W cytowanym wyżej artykule autor znakomitej „Mitologii Greków i Rzymian” oskarżył T. Zielińskiego o antysemityzm. W niezwykle ostrym tonie krytycznym (żeby nie powiedzieć napastliwym) Kubiak zarzucił Zielińskiemu, że w książce wydanej w 1927 r. pod tytułem „Hellenizm a judaizm” przeciwstawił fanatyczną Judeę humanistycznej Helladzie i wysunął wielce dyskusyjną tezę, iż właściwym Starym Testamentem chrześcijaństwa była religia antyczna.
Nie jestem specjalistą w powyższej materii (studia filologii klasycznej były moim młodzieńczym marzeniem, które nigdy się nie ziściło). Nie zamierzam zatem jako laik wdawać się w meritum sporu. Uczynili to już znawcy przedmiotu, w szczególności J. Gordziałkowski w świetnej polemice z Kubiakiem („TP” z 13.08.2000 r.).
Mój sprzeciw budzi natomiast potraktowanie dzieł wybitnego badacza starożytności jako nikczemnych i niezasługujących nawet na czytanie. W tym podejściu Szanowny Krytyk jest podobny do cenzorów, walczących z nieprawomyślnymi poglądami.
Jeśli człowiek nauki odmawia sobie lektury mogącej sprawić mu przyjemność i rozkoszuje się własnymi dziełami, to jest jak ów biblijny Onan, który dopuścił się samogwałtu. Należy żywić nadzieję, że tego typu onanizm intelektualny nie znajdzie w naszej nauce chętnych naśladowców.
Tout comprendre c’est tout pardonner (Wszystko zrozumieć, to wszystko przebaczyć), głosi mądre francuskie przysłowie. Można zrozumieć pewnego profesora z Cambridge, o którym Bertrand Russel pisał, że przestał czytać poezje Tennysona, kiedy ujrzał na własne oczy, jak poeta rozcieńczał wodą porto rocznik 1834.

Wydanie: 27/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy