Umiera milion gatunków, umiera jeden człowiek

Umiera milion gatunków, umiera jeden człowiek

Gdybyśmy rutynowo podsumowywali tydzień, odsiewając plewy bełkotu i pustosłowia, pseudowydarzeń i niby-zdarzeń od ziaren pełnych znaczeń i istotności, byłoby dla nas oczywiste, że mamy za sobą, tu w Polsce, i tam wszędzie na świecie, tydzień niezwykły, nietuzinkowy, ważny. Kasandryczny. Choć niewolny od zasobnej w energię nadziei.

Po kilkuletniej pracy blisko 150 ludzi nauki z całego świata powstał raport ONZ na temat skali biologicznej zagłady, w takim ogromie nieznanej światu od 10 mln lat. Tym razem jednak samiśmy, my, ludzie, my, czyli nasz wzorzec życia, czyli konsumpcji, my, czyli nasz system gospodarczy, czyli nieokiełznana produkcja nieznająca granic eksploatacji, my uczyniliśmy to Ziemi, naszej planecie, naszemu domowi, naszym krewnym w świecie przyrody, zwierząt i roślin. Zapowiedzi są dramatycznie przerażające, sumują wiedzę zgromadzoną w tysiącach opracowań i badań naukowych. Tak ustalenia IPBES (Międzyrządowej Platformy ds. Różnorodności Biologicznej i Funkcji Ekosystemu), czyli działającej pod auspicjami Programu Środowiskowego ONZ platformy gromadzącej wiedzę na temat stanu środowiska, na razie w wersji skróconej, przeznaczonej dla klasy politycznej i decydentów, streścił Edwin Bendyk: „Gatunki wymierają dziś w tempie o dziesiątki, a nawet setki razy większym niż w ciągu ostatnich 10 mln lat. Zagrożonych jest 25% gatunków, a prawie milion wymrze w ciągu najbliższych dekad. (…) Człowiek przekształcił 75% powierzchni Ziemi, presja ludzkiej aktywności odciska się na 66% powierzchni oceanów, utraconych zostało 85% mokradeł, zmalało nieco tempo utraty lasów, ale i tak od 2000 r. wylesieniu uległo 32 mln ha lasów tropikalnych charakteryzujących się największą bioróżnorodnością. W rezultacie tracimy różnorodność genetyczną, która umożliwia ekosystemom dostosowywanie się do zagrożeń, pojawiają się nieznane patogeny. Ziemia po prostu jałowieje – degradacja gleby doprowadziła do zmniejszenia produktywności 23% ziemskiego terytorium, wymieranie owadów – naturalnych zapylaczy potrzebnych do rozmnażania roślin – już w tej chwili przekłada się na roczne straty w produkcji żywności na poziomie 235-577 mld dol.”.

W Warszawie umiera Karol Modzelewski, światowej sławy historyk wczesnego średniowiecza, komunista, człowiek lewicy od zawsze do końca swojego życia, więzień polityczny PRL, gdzie odsiedział prawie dziewięć lat w więzieniu za głoszenie poglądów lewicowych i wolnościowych. Człowiek, który wymyślił w 1980 r. nazwę Solidarność dla ruchu społecznego i związku zawodowego, senator RP po 1989 roku i jednocześnie konsekwentny krytyk formy i sposobów transformacji ustrojowej, nauczyciel akademicki, polityk pozainstytucjonalny, z niezwykłymi zdolnościami wiecowymi.

Ginie świat biologicznej różnorodności, zdemolowany przez system życia, produkcji i generowania zysków. Ostatnie pół wieku jest w tej kwestii kluczowe i najbardziej odpowiedzialne. Na 18 wyróżnionych sfer, w których przyroda „pomaga” człowiekowi (m.in. zapylanie roślin, regulacja jakości powietrza, regulacja klimatu przez wychwytywanie CO2, źródło energii, źródło substancji leczniczych), wedle raportu aż 14 z nich jest w coraz gorszej kondycji. Wciąż jest czas na ratunek, na poprawę. Niezbędne są jednak zmiany systemowe w skali globu. Obok zmian klimatycznych jest kolejny, na wagę życia i śmierci gatunku ludzkiego, już nie dzwonek, ale syrena ostrzegawcza, paląca się na czerwono lampka awarii globu. I co? I nic. Prawie nic. 15-letnia szwedzka aktywistka klimatyczna Greta Thunberg, inicjatorka globalnych protestów szkolnych w obronie klimatu, pyta w dramatycznej tonacji: „Gdzie są żółte paski? Gdzie są ekstrawydania wiadomości? Pierwsze strony? Szczyty kryzysowe? Co może być ważniejsze? Wciąż zawodzimy, ale jeszcze nie straciliśmy wszystkiego. Nadal możemy to naprawić. To się nie uda, jeśli będziemy milczeć jak dziś. Wtedy jesteśmy bez szans”.

Człowiek w odróżnieniu od ginących pszczół i owadów, wycinanych drzew, wybijanych zwierząt, degradowanej gleby wytworzył też kulturę słowa i opowieści, stąd z greckiej spuścizny europejskiej kultury od tysięcy lat wiemy, że kasandr się nie słucha, nie traktuje poważnie, choć paradoksalnie na lata zapamiętuje ich imię.

Karol Modzelewski też był taką kasandrą. Kiedy wielkie postacie nauki, polityki, przyjaciele żegnali go na warszawskich Powązkach, gdzie spoczął kilka metrów od Jacka Kuronia, na wszystkie sposoby odmieniano słowa zasady, wartości, idee – niemal bez wyjątku nie nazywając tych idei. Bo musiałyby paść aprobatywne, afirmatywnie wybrzmiewające słowa: lewica, socjalizm, komunizm. Bo z tych wartości Modzelewski wyrósł, w nich dojrzał, protestując z robotnikami Żerania w 1956 r., z nich politykował, pisząc z Kuroniem list do partii w 1964 r., za nie siedział („gdybym wiedział, że walczymy o kapitalizm, nie siedziałbym ani jednego dnia, godziny w więzieniu”), z lewicowej perspektywy zwalczał reformy Balcerowicza i późniejsze o dwadzieścia parę lat kształtujące się państwo policyjne PiS. Bo jego tożsamość polityczna, ludzka wrażliwość i obywatelska odwaga były z tradycji czerwonego sztandaru, na którym robotnicza krew. Jego polityczność i zaangażowanie miały korzenie i konary, których nie da się przemilczeć, zakleić walką o wolność i demokrację. To była walka o sprawiedliwość dla wszystkich. Dla ludzi i Ziemi. Walka Karola Modzelewskiego trwa. Żegnając, nie zapomnimy.

Równość! Solidarność! Wolność!

Wydanie: 20/2019

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy