Ostatni egzemplarz gazety

Ostatni egzemplarz gazety

Internetowe wydanie potężnego niegdyś dziennika w średnio wielkim europejskim kraju krzyczy ogromnym tytułem: Dzisiaj sprzedaliśmy ostatni drukowany egzemplarz naszej gazety! Dziękujemy Czytelniczce/Czytelnikowi za zaufanie, pracowaliśmy na nie przez dekady. W ostatnim numerze oprócz wiadomości agencyjnych, sportu i zapowiedzi muzycznych zastanawiamy się, na wielu płaszczyznach, CO POSZŁO NIE TAK. Sprzedając jeden egzemplarz gazety, niegdyś drukowaliśmy wydania w ponadmilionowym nakładzie – nie możemy udawać, że to raczej porażka naszego profesjonalnego, zaangażowanego i przez lata opłacalnego projektu medialnego. Z pokorą musimy się pogodzić z werdyktem rynku, tego samego rynku, który wynieśliśmy na piedestał idei na rynku idei. Czy rynek dokonał aktu ojcobójstwa?

Proponujemy do lektury teksty najwyśmienitszych autorów/autorek z innych zamykanych gazet, z którymi dzieliła nas wspólnota walki o dobro czytelników przez całą epokę. Komentarzami podzielą się z nami także eksperci i specjaliści z likwidowanych właśnie wydziałów zamykanych uniwersytetów. Naprawdę musielibyśmy być głusi i ślepi, żeby nie rozumieć, że epoka się domknęła naszym zamknięciem. Jednakże stoimy przed tą bolesną prawdą z podniesionymi czołami, o pardon, z podniesionym czołem, ponieważ liczba pracowników redakcji już wcześniej osiągnęła dzisiejszy próg zakupowy. Czyli, jakkolwiek by patrzeć, takie jeden na jeden, ale pisanie listów to nie dziennikarstwo, a drukowanie ich to nie prasa.

Sygnały ostrzegawcze nigdy nie były przez nas lekceważone, badaliśmy je uważnie, przewidywaliśmy trendy, odczytywaliśmy znaki czasu, modernizowaliśmy infrastrukturę, obserwowaliśmy inne upadające tytuły, krocie przeznaczyliśmy na nowoczesne i efektywne instrumenty marketingowe. Wszystko, jak się dzisiaj okazuje – na marnego jednego czytelnika lub czytelniczkę. Nie pomogły wkładki w postaci filmów na DVD, breloki czy różańce dodawane go egzemplarzy, balony dla dzieci, prezerwatywy dla pozostałych, dodatki krawieckie, pielęgnacyjne o paznokciach i te o Janie Pawle II, ekstrawydania moto, lotto, asfalt. Losowanie domu raz w roku – nic. Fotografie nagiego prezydenta w Juracie z równie nagą… mniejsza z tym. Nic. Co prawda, nie zero, ale jeden, lecz w tym biznesie jeden to gorzej niż zero, zero może nawet lepiej by się sprzedało. Zero sprzedaży – milion korzyści! Można by reklamować. Można było. Ale wtedy nie można było, bo wciąż czytelnicy i czytelniczki byli, a dopóki są, to nadzieja nie gaśnie, ducha podnosi, krzepi i wzmacnia, motywuje.

Niektórzy nieprzychylni komentują, że zwolnienie wszystkich piszących z sensem było początkiem końca. Nie możemy się z tym zgodzić, taka jest logika rynku, redukcja kosztów pracowniczych zapewniała niezbędne dywidendy właścicielom, to elementarz rynkowych posunięć i logika funkcjonowania byznesu. Trzeba było zwalniać, no, może rzeczywiście nie wszystkich, ale kto mógł to przewidzieć?

Krążyła w naszym środowisku legenda o słynnym krótkoterminowym naczelnym pewnego słynnego niegdyś tygodnika, który też w końcu sprzedał ostatni egzemplarz swojego siedmiodziennika. Otóż redaktor ów z całym oddaniem rzucał się w wir pracy redakcyjnej i z ponadludzką energią redagował każdy tekst w periodyku. Niestety, temu energetycznemu naporowi nie towarzyszyła mnogość instrumentów, prawdę mówiąc, kiedyś nazywano to filozofowaniem młotem, tu – cięciem, skreślaniem i skracaniem. Potrafił robić to w kilku odsłonach. Jeden krótki tekst skracał i ciął, i eliminował. Do historii przeszła szpalta z naznaczonymi ingerencjami redaktora, który, nie zorientowawszy się, skrócił tekst całkowicie, to znaczy wyciął wszystko. Każdy akapit, każde zdanie, każde słowo. Zespół zachował ten arkusz i kiedy wkrótce redaktor został pożegnany z funkcją – koledzy oprawili pięknie i zawiesili jak trzeba, godnie i w wyeksponowanym miejscu. Ale właściwie dlaczego mi się to przypomniało?

Tak więc po redukcjach osobowych przyszła kolej na budynki, potem zaczęliśmy zwalniać boty, czyli piszące programy internetowe, zwane niekiedy sztuczną inteligencją. Dlaczego zwalnialiśmy boty? Bo nie dawały efektu sprzedażowego. Podobno już w fazie projektów są boty, które mają czytać gazety tworzone przez boty, ale my tego nie doczekamy. Jesteśmy do końca na posterunku wartości i tradycji, sprzeniewierzyć się jej – to byłoby wbrew naszej deklaracji programowej sprzed 73 lat. Wolimy być nieczytani i niesprzedawani niż czytani, bo sprzedawani nie tym, co byśmy chcieli, choć nie ukrywamy, lubiliśmy zaczepną lekturę w wykonaniu naszych wrogów. Dzisiaj już nawet wrogów nie mamy. Dziwne, przecież świat jest taki spolaryzowany, a my tacy kontrowersyjni. Gdyby użyć metafory żywieniowej, to paradoks polega na tym, że stworzyliśmy fabrykę jedzenia, ale społeczeństwo nie jest głodne. Nic a nic. Zupełnie nie chce naszej strawy. Dziwne, nieprawdaż? Już chyba ostatni raz zadaję sobie to pytanie…

Muszę lecieć. Do kiosku. Kupić ten egzemplarz.

Wydanie: 37/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy