Dziadek Mróz z coca-coli

Dziadek Mróz z coca-coli

Jeśli powszechnie składane teraz życzenia „spokojnych, wesołych świąt” są szczere, to nie wypada przez święta mówić o polityce. Żadna bowiem opowieść o polityce na pewno ani nie uspokoi, ani tym bardziej nie rozweseli. Uznałem więc, że ja też Czytelników dręczyć ani denerwować polityką przez święta nie będę. Podarujmy sobie zatem odrobinę luksusu, jak zachęca znana telewizyjna reklama, i od polityki odpocznijmy.
Okres świąteczny tradycyjnie w Polsce zaczynał się od 6 grudnia, to jest od dnia św. Mikołaja.
Św. Mikołaj, postać jak najbardziej historyczna, był biskupem Myry w Azji Mniejszej (dziś Turcja). Żył na przełomie III i IV w. Wedle legendy jako dziecko miał otrzymać w spadku znaczny majątek, który rozdał ubogim. Legenda mówi, że nie chcąc stawiać obdarowywanych w niezręcznej sytuacji, swe dary podrzucał im ukradkiem. Na tę pamiątkę prezenty na św. Mikołaja podrzucano dzieciom pod poduszkę.
W ikonografii łacińskiej św. Mikołaj przedstawiany jest jako starzec z brodą, w szatach liturgicznych, z biskupią mitrą na głowie i pastorałem w ręku. W ikonografii prawosławnej przedstawiany jest najczęściej z gołą głową i arcybiskupim paliuszem na szyi. Nawiasem mówiąc, w prawosławiu św. Mikołaj należy do najpowszechniej czczonych świętych, do imienia dodawany jest mu przydomek Cudotwórca (Czudotworec). Prawosławny św. Mikołaj początkowo prezentów nie dawał, ale pod wpływem zachodniej tradycji, przynajmniej w słowiańskim prawosławiu, też zaczął je wsuwać pod poduszkę. Tyle że 13 dni później niż jego łaciński kolega, zgodnie z kalendarzem juliańskim.
Małe dzieci wierzyły i wierzą do dziś w św. Mikołaja i jego prezenty taką samą szczerą wiarą, z jaką wierzyły w Babę Jagę czy krasnoludki. Mimo to czujność i zasady świeckiego wychowania spowodowały zaraz po wojnie, że tradycję ze świętym w tle próbowano wyrugować, a samego św. Mikołaja zastąpić rosyjskim ateistycznym Dziadkiem Mrozem.
Wedle nowego, opartego na naukowym światopoglądzie obrzędu, prezenty grzecznym dzieciom dawał on na rozlicznych, organizowanych przez szkoły, przedszkola, domy kultury i zakłady pracy „choinkach noworocznych”. Dziadek Mróz nie nosił oczywiście szat liturgicznych ani nie wspierał się na pastorale. Ubrany był w obszytą futrem czapę krasnala, miał siwą brodę, czerwoną szubę obrębioną białym futerkiem i worek z prezentami. Po 1956 r. przepędzono z Polski Dziadka Mroza, jak sądzono na zawsze, gdzieś w głąb Rosji, w syberyjskie ostępy. Wrócił św. Mikołaj. Z wyglądu biskup. Nie na długo.
Teraz we wszystkich supermarketach i na witrynach sklepów już od końca listopada zobaczyć można ubranego na czerwono wielkiego krasnala. Takie odziane w czerwień krasnale chodzą też w grudniu po ulicach, ich plastikowe podświetlane kukły made in USA zdobią dziesiątki góralskich domów w okresie świątecznym (to dowód, że się było w Ameryce albo że się tam kogoś ma). Pełno tych krasnali w reklamach, mediach, wśród zabawek, na kartkach świątecznych. Kto widzi tego wielkiego czerwonego krasnala, mógłby sądzić, że Dziadek Mróz powrócił. Nie. To nie Dziadek Mróz, to – jak się okazuje – św. Mikołaj w przebraniu Dziadka Mroza. Tyle że ten św. Mikołaj, choć tak się nazywa i prezenty daje 6 grudnia, nie ma nic wspólnego z tamtym, dotąd znanym świętym biskupem. Nie pochodzi ze śródziemnomorskiej Myry, ale z zimnej Laponii, jeździ saniami zaprzężonymi w renifery i jego głównym zadaniem obok rozdawania prezentów jest, zdaje się, reklama coca-coli. Jak zapewnia znakomity etnograf Antoni Kroh, jego projektantem jest emigrant z byłego ZSRR, który Amerykanom za wielkie pieniądze zaprojektował kopię Dziadka Mroza i po europejsku nazwał go św. Mikołajem. Nie wiem, czy nie chciał stresować Amerykanów Syberią (nadmierna ostrożność, Amerykanom Syberia i tak z niczym się nie kojarzy) i wymienił ją na Laponię, czy też może doszło tu do syntezy legendy św. Mikołaja, sowieckiej tradycji Dziadka Mroza i jakiejś skandynawskiej baśni. Niech tego dociekają etnografowie i kulturoznawcy. Dość, że ten Dziadek Mróz z Laponii ma papiery na nazwisko św. Mikołaja i wyręcza tego ostatniego, rozdając prezenty. Co więcej, w Polsce przyjął się znakomicie. To, czego nie chcieliśmy przyjąć od Rosjan, wróciło do nas po latach z Ameryki i zostało przyjęte entuzjastycznie.
Aż się dziwię, że poseł Macierewicz nie zdemaskował dotąd tego całego przedsięwzięcia ruskich służb specjalnych: Dziadek Mróz, kto wie, czy nie agent, na fałszywych papierach św. Mikołaja do Polski się wkrada, do czystych dusz polskiej dziatwy się wdziera, do konsumpcyjnego stylu życia prezentami nakłania…
Nic jednak w tym nowego. Wszystko, co idzie z Zachodu, w Polsce zawsze się spodoba, to zauważył już nawet Adam Mickiewicz.
Nie rozpaczałbym jednak z tego powodu. Niektórzy ubolewają, że naszą polską piękną tradycję psują od niedawna amerykańskie walentynki, a nawet zaczyna się przyjmować wydrążona dynia na Happy Halloween…
Na „odwieczną polską tradycję” składają się też przecież choinka (przyszła do nas w XIX w. z Austrii), piękna kolęda „Cicha noc” (również z Austrii), w końcu religia i cała chrześcijańska obrzędowość też jest obcym importem (z Rzymu via Czechy). Za to kult maryjny, tak typowy w polskim katolicyzmie i tak różniący go od katolicyzmu zachodniego, to najpewniej wpływ wschodniego prawosławia. Sama Matka Boska Częstochowska to, strach powiedzieć, aby posłowi Brudzińskiemu nie zrobić przykrości… ruska ikona!
Pierwiastki kultur podobnie jak ludzkie geny mieszają się, dlatego tak jak każdy człowiek jest inny, każda kultura jest inna. Gdy dopływ obcych genów ustanie, kultura skarleje, skretynieje, jak potomstwo płodzone wewnątrz wąskiej grupy osób spokrewnionych. To wszystko prawda, ale osobiście jestem bardziej przywiązany do św. Mikołaja w biskupich szatach niż do tego krasnoluda od coca-coli i zwielokrotniony widok tego ostatniego drażni mnie niezwykle, podobnie jak te kretyństwa o jego podróży z Laponii albo językowy nowotwór używany jako nazwa zwyczaju dawania sobie na 6 grudnia upominków, mikołajki. Mikołajki – proszę państwa dziennikarzy telewizyjnych (nie będę wymieniał po nazwisku) – to miejscowość na Mazurach!
Ale nie denerwujmy się. Wesołych Świąt!

Wydanie: 51-52/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy