Polityka cmentarna

Polityka cmentarna

Kiedyś przed laty, gdy byłem ambasadorem na Litwie, chciałem uporządkować ogromną kwaterę żołnierzy polskich z 1920 r. na cmentarzu Antokolskim w Wilnie. Było to jeszcze przed podpisaniem traktatu z Litwą, stosunki między naszymi państwami były co najmniej chłodne, jeśli nie napięte. Ponieważ na tym samym cmentarzu była zaniedbana kwatera żołnierzy niemieckich z I wojny światowej, udałem się do ambasadora Niemiec z propozycją: razem wystąpimy do Litwinów, trudniej będzie im odmówić. Ale ambasador niemiecki wytłumaczył mi, że dyplomacja niemiecka zajmować się musi przede wszystkim teraźniejszością i przyszłością, a przeszłością, w tym cmentarzami, to zajmują się w Niemczech przede wszystkim organizacje pozarządowe. Jeśli te zwrócą się do niego o pomoc, on będzie im ułatwiał kontakty z władzami litewskimi. Ale ambasada, z własnej inicjatywy, żadnymi grobami zajmować się ani myśli.
W przeciwieństwie do ambasadora niemieckiego, polskimi grobami na Litwie musiałem się zajmować i był to znaczący fragment mojej misji. Pochlebiam sobie, ale kiedy opuszczałem Litwę, polskie cmentarze wojskowe w tym kraju były w lepszym stanie niż wiele cmentarzy wojskowych w Polsce. Muszę dodać, że na tym polu współpraca z polską Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa była wspaniała, a z władzami litewskimi trudna, choć ostatecznie owocna.
Osobiście uważam, że opieka nad polskimi cmentarzami wojskowymi za granicą należy do obowiązków naszych służb przede wszystkim konsularnych, a gdy te z przyczyn politycznych działania mają utrudnione, do akcji powinna wkraczać ambasada.
Można odnieść wrażenie, że w stosunkach z Rosją sprawy przeszłości dominują zdecydowanie nad teraźniejszością i przyszłością. Z uporem próbujemy narzucić Rosji nasz punkt widzenia na wspólną historię i domagamy się od Rosji działań, które mając znaczenie jedynie symboliczne i moralne, a żadnego praktycznego, godzą w rosyjską dumę narodową. Mimo tych wszystkich trudności, udało się nam z Rosją wynegocjować i ostatecznie urządzić cmentarze wojskowe zamordowanych przez NKWD w Katyniu i Miednoje.
Natomiast mimo serdecznej przyjaźni z Ukrainą, o której miejsce w strukturach europejskich i euroatlantyckich walczymy bardziej niż sama Ukraina, mimo wielkiej przyjaźni kolejnych naszych prezydentów, mimo ogłaszania Ukrainy naszym partnerem strategicznym, nie udało nam się uzyskać nawet tego, by w Bykowni pod Kijowem, miejscu kaźni naszych oficerów, urzędników i działaczy państwowych dokonanej wiosną 1940 r. przez NKWD, pozwolono nam postawić nawet choćby nasz krzyż, nie mówiąc już o pomniku czy cmentarzu. W Bykowni nie ma nawet jednej tabliczki w języku polskim informującej, że to miejsce kaźni także naszych rodaków! Dziwnie nieskuteczna jest w tym zakresie nasza dyplomacja, działająca, jak nas się zapewnia, w klimacie wielkiej miłości do Polski.
Ostatnio nasze media opisują znalezisko kilkudziesięciu zwłok, prawdopodobnie Polaków, ofiar NKWD w Głębokiem na Białorusi. Domagamy się od władz białoruskich śledztwa w tej sprawie.
Zdumiewające jest to, że z o wiele mniejszym zapałem próbujemy wyjaśnić inne znalezisko. Otóż ostatnio, w magazynach policyjnych znaleziono porzucone kości (w tym czaszki) kilkudziesięciu ofiar przywiezione z Miednoje, a być może także z Katynia i Charkowa, do badań na początku lat 90. Nie wiem, czy szczątki te zostały ostatecznie zbadane i gdzie są wyniki tych badań. Jedno jest pewne, tym szczątkom ludzkim nie okazano należytej czci. Narodowe relikwie przechowywane w zapomnieniu, aby nie powiedzieć porzucone w kartonowych pudłach w policyjnych magazynach! To tak obchodzimy się ze szczątkami naszych bohaterów męczenników? Gdyby teraz odkryto tak porzucone szczątki naszych ofiar gdzieś w magazynach milicji Rosji, Białorusi czy Ukrainy, bito by na alarm we wszystkich gazetach, MSZ słałoby pełne oburzenia noty, kto wie, czy prezydent Kaczyński nie udałby się do swego sojusznika Saakaszwilego, by obmyślić jakiś plan odwetowy.
Nie będzie Niemiec (Rosjanin, Białorusin) pluł nam w twarz! Sami zrobimy to sobie skuteczniej i bardziej efektownie. Nie wiem, czy uda się nam na Białorusi wymusić śledztwo w sprawie zabójstwa naszych rodaków przez NKWD w Głębokiem. Bardziej interesowałoby mnie, czy potrafimy ustalić, skąd te czaszki i kości, które są w policyjnych magazynach: które z Miednoje, które z Katynia czy Charkowa? Czy ktoś je rzeczywiście zbadał i gdzie można zapoznać się z wynikami tych badań? Ale przede wszystkim, kto jest odpowiedzialny za przechowywanie tych narodowych relikwii przez kilkanaście lat w jakichś pudłach w kącie magazynów policyjnych? Czy jest wreszcie jakiś pomysł na dokonanie pochówku tych ludzkich przecież szczątków?
O ile nasza zagraniczna polityka cmentarna (poza Ukrainą, por. wyżej) jest niezwykle stanowcza i buńczuczna, co niestety nie znaczy skuteczna, to wewnętrzna polityka cmentarna jest jeszcze gorsza.
Być może pochowaniem tych zapomnianych szczątków zajmą się wreszcie – po nagłośnieniu sprawy – czynniki rządowe. Zgodnie z prawem świeckim i kanonicznym należy im się po prostu pogrzeb.
Może rząd na coś odpowiedniego się zdecyduje, choć, jak mówią złośliwi, najpierw będzie czekał na opinie z IPN, a ten ma problem, bo nie wie, która czaszka do kogo należy, i nie można wykluczyć, że któraś należeć może do jakiegoś agenta. Żarty na bok. Faktem jest jednak, że szczątki naszych narodowych męczenników, o groby których gotowi jesteśmy niemal staczać wojny z sąsiadami, u nas mogły porzucone i zapomniane przeleżeć kilkanaście lat w kącie jakiegoś policyjnego magazynu.
Czy ktoś się czuje za to odpowiedzialny? Wątpię.

Wydanie: 30/2009

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy