Tchnienie Afryki

Wieczory z Patarafką

Panowało kiedyś, tak ze 100 lat temu, przekonanie, że polscy turyści wyjeżdżają przede wszystkim do Włoch, natomiast rosyjscy wolą raczej Hiszpanię, Uważałem to za nonsens, ale po zobaczeniu Hiszpanii zrozumiałem, że coś może tu być na rzeczy. Oba te kraje rzeczywiście mają w sobie coś podobnego. Oczywiście, Rosja jest płaska jak placek, a Hiszpania wprost przeciwnie. Ale oba kraje są bardzo rzadko zaludnione. Nie ma niczego podobnego do polskiej mnogości wiosek, osad czy przysiółków. Jedzie się dziesiątki kilometrów, zanim się zobaczy jakiegoś człowieka czy zabudowania mieszkalne. Bezludzie kompletne albo niekończące się gaje oliwek lub pomarańczy. Kto na nich i kiedy pracuje? I gdzie właściwie mieszka? Miasta pojawiają się bardzo rzadko i znienacka: są na ogół przytulone do skał albo wzgórz, ciasne, stłoczone, o bardzo wąskich uliczkach. Łączą je wspaniałe szosy i autostrady, nieustannie rozbudowywane. A budowa dróg wymaga tu ustawicznego wysadzania skał, drążenia tuneli, wznoszenia wiaduktów. Wiadukty przekraczają łożyska zupełnie wyschłych rzek, co samo przez się robi szczególnie dziwne wrażenie. Pejzaż to raczej afrykański niż europejski.
Przypomnijmy sobie, że Hiszpania to także wyspy – Baleary, Madera i Kanaryjskie, a poza tym enklawy afrykańskie jak choćby Ceuta. Nasza Triada urządziła nam zresztą międzylądowanie na Majorce, dzięki czemu przelecieliśmy nisko nad tą górzystą i skalistą wyspą, nie tylko Chopina, ale i współcześnie Gravesa. Jak tam w ogóle teren na lotnisko wygospodarowali? I to niesłychanie ruchliwe, co chwila coś ląduje albo startuje. Kto to pisał, chyba Cocteau? „Na wyspie Majorce ludzie są szczęśliwi…” Ale obrzeżone palmami lotnisko przypominało raczej piec ognisty, i to o ósmej rano. A z Afryką to jeszcze inna, zawiła historia.
Ze skał Tarify, przez 14-kilometrowy przesmyk gibraltarski, widzi się Afrykę znakomicie: czerwonawe góry, bardzo błękitna woda, gdzie morze łączy się z oceanem, na niej mnogość statków i promów, a na platformie widokowej gąszcz turystów ochających i achających. Jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie z jednego kontynentu widzi się drugi. Imponujące, majestatyczne i bardzo piękne. Przed milionami lat Morze Śródziemne było suchą depresją, ale poziom wody w oceanie podniósł się i runął największym w dziejach Ziemi wodospadem. Zanim wody się wyrównały, minęło tysiące lat. Teraz przez cieśninę trwa nieustanny exodus ludów.
Rzecz w tym, że w Hiszpanii pracują miliony Afrykańczyków, a dziesięć razy tyle próbuje się tam dostać nielegalnie. Co roku na urlop obładowane samochody wędrują na południe, bo w Hiszpanii jest wszystko, a w Afryce bezbrzeżna nędza. 35 minut promem dzieli raj od piekła. Oczywiście tylko dla tych, którzy otrzymali zezwolenia na pracę, względnie nielicznych. Toteż każdej nocy trwają zmagania między strażnikami a falą imigrantów. Część ich łapie się i odsyła z powrotem, znacznie chyba więcej znika bez wieści. Cóż, lepiej o tym głośno nie mówić, wody są głębokie, prądy zmienne, a rekiny nienasycone. Niby to wszyscy wiemy, że Hiszpania jest zachodnią flanką i zachodnim bastionem Europy, ale nie chcemy pamiętać, za jaką cenę to się dzieje i działo się zawsze.
Na początku VIII w. muzułmanie najechali i podbili Hiszpanię, tworząc przy okazji wspaniałą cywilizację, której szczątki trwają do dzisiaj. Nie pierwszą i nie ostatnią. Już dziesiątki tysięcy lat temu jacyś zapomniani mistrzowie ozdabiali jaskinie Altamiry i Cuevas de Valtorta, potem może Fenicjanie założyli najstarsze miasto Europy – Gades, dzisiejszy Kadyks nad Atlantykiem, gdzie wspaniała katedra z relikwiami św. Wiktorii i sennymi restauracyjkami w rynku, potem byli Punijczycy Hannibala i rzymskie fundamenty każdej wioski i miasta, przybyli tu znad Wisły Wandalowie, potem było królestwo Wizygotów, potem właśnie Arabowie na 700 lat, potem „królowie katoliccy” kończący rekonkwistę, inkwizycja, Habsburgowie, Burbonowie, Don Kichot, Majmonides, El Greco, Goya, imperium, w którym nigdy nie zachodziło słońce, rzeki złota, pałace, katedry, posągi, nieprawdopodobne okrucieństwa i równie nieprawdopodobny przepych. Pustynia i niebywale piękne ogrody pełne – w październiku! – balsamicznego zapachu jaśminu, zarośniętych lotosami i papirusem podłużnych basenów, podświetlonych fontann, a obok tego supernowoczesnej, niebywałej architektury.
Wolno tu palić wszędzie, ale nie widać nigdzie ani jednego niedopałka. Ja swoje chowałem do kieszeni. Dzicy ci Hiszpanie, prawie nikt nie chce znać języka amerykańskiego.

 

Wydanie: 44/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy